Home > Recenzje > Gry > Yaiba: Ninja Gaiden Z – Recenzja / Michał Straszak

Yaiba: Ninja Gaiden Z – Recenzja / Michał Straszak

Zombiaki, ninja, Rosja, cycki – brzmi jak przepis na hit. Wprawdzie slasherów na PC nigdy dość, ale czy warto zwrócić uwagę na ten tytuł?

 

Z czym do ludzi?

Ostatnimi czasy, często porównuje się spadkobierców starszych serii z ich poprzednikami, zwykle na niekorzyść nowych gier. Taki los spotkał drugą część Castlevanii, wielu graczy kręciło nosem na nowego Thiefa. Czy jest wiec sens porównywać Yaibę do innych gier z serii Ninja Gaiden, szczególnie po średnio udanej „trójce”? Uważam, że nie, różnica jest zbyt duża.

Po pierwsze, gra jest tytułem pobocznym cyklu – nowy bohater, nowa historia. Po drugie, produkcją zajęły się trzy różne studia, a odpowiedzialny za poprzednie części Team Ninja, uczestniczył tylko aktywnie w procesie tworzenia. Jedynym co łączy tytuł, z resztą Gaidenów, to postać Ryu Hayabusy – tym razem nie jako głównego bohatera, lecz wroga numer jeden.

Miecze, krew i gruba biba, wszystko jasne, to Yaiba

Tytułowy Yaba Kamikaze, jest wygnanym ze swego klanu ninją. Poznajemy go w chwili, kiedy toczy z Hayabusą zajadły pojedynek. Przegrywa, a oprócz honoru traci rękę, oko i wszystko wskazuje na to, że również życie. Uratowany przez tajemniczą organizację zyskuje cybernetyczne protezy, lecz zamiast okazać wdzięczność, opętany rządzą zemsty na Ryu ucieka i trafia w samo serce zombie apokalipsy. Szybko okazuje się, że czy chce czy nie chce musi jednak pomóc swoim wybawicielom w opanowaniu tego bajzlu, gdyż jako argument ostateczny, został mu wszczepiony mechanizm autodestrukcji. Mimo że Yaiba jest nieco ubezwłasnowolniony, jego cel, zemsta na Hayabusie, pokrywa się z celami jego „przyjaciół”. No cóż, fabuła nie jest najwyższych lotów, ale nie o to tutaj przede wszystkim chodzi. Najważniejsza jest…

yaiba i po walce

…Rozwałka!!!!

Walka – trzon rozgrywki – opiera się na trzech atakach, wyprowadzanych trzema różnymi broniami. Siec zombiaki można przy pomocy złamanego miecza (pękł podczas walki z Ryu), oraz naszego metalowego ramienia –  pięścią lub wbudowanym łańcuchem. Ostrze jest szybkie i zadaje średnie obrażenia, pieść jest powolna i mordercza, zaś łańcuch zadaje obrażenia wielu wrogom, lecz omija niektórych i jest najsłabszy. Nasz arsenał można również czasowo powiększyć o bronie zdobywane na pewnych rodzajach wrogów. Szybko się zużywają lecz są całkiem użyteczne. Yaiba korzysta też z bloku, uniku (szybki dash, jak to ninja) i krwawych finisherów. Combosy wynajdujemy sami, mashujac w różnych kombinacjach trzy – cztery przyciski. Pomaga w tym okienko w którym pokazywane są ostatnio wciśnięte klawisze. Niby w menu jest zakładka w której można zobaczyć dostępne kombinacje, jednak primo, nie ma tam ich wszystkich,  secundo, losowe maltretowanie klawiszy jest równie, a może nawet bardziej skuteczne co wyćwiczone combo. W trakcie efektownego wykańczania przeciwników, ładuje nam się zdolność zwana Bloodlust, podczas trwania której nasz bohater wpada w szał, jest odporny na obrażenia i generalnie nikt mu nie podskoczy.

Yaiba ninja Gaiden Z - starcie

Jak system sprawdza się w praktyce? Największy jego minus, to niska płynność.

W porównaniu do DmC, gdzie przy odpowiednim skillu można było przeprowadzać efektywne, niczym nie przerwane combo, przy pomocy różnych „przedłużaczy”, ten w Yaibie wypada średnio. Smuci tez mały wybór broni, właściwie żaden, wszystko otrzymujemy na starcie i okazjonalnie powiększamy o zdobyte na wrogu dodatki. Najbardziej denerwuje jednak praca kamery, którą potraktowano po macoszemu. Nie dość że nie mamy nad nią żadnej kontroli to czasem pokazuje nie to co trzeba, wyjeżdża za daleko lub za blisko. Wprawdzie w menu możemy wyłączyć opcję jej „samowolki”, jednak wtedy dostajemy ujecie naszych pleców z wysokości hobbista – kamerzysty.

Yaiba Ninja Gaiden Z -  tencza

Do przejścia mamy sześć misji, każda podzielona jest na mniejsze etapy, za które dostajemy oceny obliczone na podstawie czasu przejścia, znalezionych fantów, liczby zgonów (naszych) i zdobytych punktów. Na końcu misji oceny się sumują i razem z ww aspektami, tym razem naliczanymi za cały poziom, otrzymujemy ocenę w postaci medalu – od drewnianego do złotego. Im bardziej „szlachetny” tym więcej punktów doświadczenia. Po osiągnięciu nowego poziomu dostajemy jeden punkt umiejętności, który możemy zainwestować w perki w drzewku rozwoju.

yaiba - drzewko

Co poza rąbaniem?

Wspomniałem o znajdźkach. Po planszach, jakie przyjdzie nam zwiedzić porozrzucane są lewitujące kwadraciki (sic!). Po zebraniu czterech z jednego rodzaju, zwiększa nam się zdrowie, lub odporność na któryś z negatywnych efektów (podpalenie, porażenie, zatrucie). Inne zaś zawierają informacje na temat bohaterów czy w ogóle fabuły i uniwersum. Nie ma łatwo, chcesz wiedzieć coś więcej, szukaj kwadracika!

Tempo akcji jest wysokie i w sumie nie ma czasu na jakąś większą eksplorację. Rzadko się zdarzające, banalne zagadki nie stanowią żadnego wyzwania i nie spowalniają gracza. Czasami mamy do przejścia sekwencje akrobatyczno – wspinaczkowe, polegające na wciskaniu w odpowiednim momencie spacji, PPM lub „E”, kiedy nasz dzielny ninja odbija się od ścian, skacze po rurach czy dynda na łańcuchu. Zastanawiam się po co tu one, skoro nie stawiają przed nami żadnego wyzwania an nie są też specjalnie widowiskowe.

Yaiba Ninja Gaiden Z - bieganie

Tam, gdzie głos więźnie w dymkach

Grafika wykonana została w technologii cel-shadingu – wyglądem przypomina komiks, do czego zresztą nawiązano w przerywnikach. Dzięki temu zabiegowi gra nie potrzebuje mocnego sprzętu, a mimo to wygląda całkiem ładnie. Zastosowano bardzo jaskrawe kolory, co wygląda dość kontrastowo w zestawieniu z hektolitrami krwi, lejącymi się z ekranów, gdyż gra, wzorem poprzedniczek bywa bardzo brutalna. Brakowało mi znanego z Darkiders liczniki przelanej krwi  😀 Minusem, jest to, że czasem w tym całym zamieszaniu nie widać Yaiby, który gdzieś tam sobie sieka i możemy go zlokalizować tylko po częstotliwości padających trupem przeciwników w jego otoczeniu. Poza tym wykorzystując cel–shading, można zrobić coś znacznie ładniejszego, popatrzmy chociażby na najnowszego Naruto Ultimate Ninja, czy ukochane przeze mnie Okami.

Yaiba Ninja Gaiden Z - torsaki

Muzyka jakaś wybitna nie jest, ot techniawa. Szczerze mówiąc, nie zwróciłem szczególnej uwagi na nią podczas grania.

Klimat, przywodzący na myśl, nieco schorowanego Rodrigueza, czy Tarantino, buduje specyficzny humor, mogący zostać uznany przez współczesnych internautów za „suchy”. Slapstickowe gagi w wykonaniu głupich zombiaków, mi się bynajmniej nie nudziły, taki gatunek. Nie oczekujcie jednak szalonych żartów rodem z Deadpoola. Dialogów tu jak na lekarstwo, Yaiba szczególnie gadatliwy nie jest. Czasem rzuci tylko jakąś ripostę do kontaktującej się z nim przez wideofon Miss Monday (to ta od dużych… kucyków na głowie!). W ogóle wszystkiego w tej grze jest – że tak powiem – mało. Po przejściu czułem duży niedosyt. Niby wiem, że po spin-offie nie powinienem się wiele spodziewać, ale przejście jednej misji zajmuje godzinę – powiecie „przecież to dużo jak na jedna misję” – przypominam ze jest ich sześć i zanim zdążymy się na dobre rozkręcić, gra się już kończy. Na upartego można ją zmęczyć przy pojedynczej sesji.

Yaiba Ninja Gaiden Z - gupki

Enter of Ninja!

Podsumowując Yaiba: Ninja Gaiden Z jest grą sprawiającą wrażenie niedopracowanej w wielu aspektach. W paru miejscach wydawało mi się ze twórcy szli na łatwiznę. Zastanawiałem się nad niższą notą, lecz naprawdę przyjemnie mi się łupało mózgojadów i ogólnie oceniam grę na plus. Może nie będzie to gwiazda wieczornych posiedzeń przed konsola, czy blaszakiem, ale warto ten tytuł ogarnąć, chociażby po to, aby wyrobić sobie własna opinię… jak stanieje.

Plusy:

– Robo ninja i zombiaki <3

– Całkiem przyjemna walka

– Grafika

– Humor…

Minusy

– …chociaż dla niektórych może być żenujący

– krótka

– cena nie proporcjonalna do całej reszty