Home > Mobilne > Xperia XA Ultra – recenzja

Xperia XA Ultra – recenzja

Sony po stworzeniu idealnej Z3 Compact już na zawsze ma w moim serduszku specjalnie zarezerwowane miejsce. Dzięki temu ich każdy nowy produkt wywołuje u mnie uśmiech na twarzy, za każdym razem jak tylko kurier dostarczy mi go do testów. Niestety jednak nie zawsze uśmiech ten utrzymuje się zbyt długo. Jak będzie z 6-calową Xperią XA Ultra?

Pudełko i pierwsze wrażenia

Pod względem opakowań, w jakich Sony dostarcza swoje urządzenia, nie zmieniło się zbyt wiele od przynajmniej Xperii Z3 (a może nawet i dłużej) – płaskie prostokąty, w których od razu pod zdjęciu wieczka widzimy nasz nowy telefon, a wszystkie akcesoria do niego dołączone (tutaj bardzo standardowo, czyli ładowarka, kabel i słuchawki) ukryte są tuż obok niego, pod kolejną warstwą tekturki. Wszystko wygląda schludnie i przyjemnie dla oka.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tego samego niestety nie mogę powiedzieć już o samym głównym bohaterze dzisiejszego tekstu – Xperii XA Ultra. Pierwsza myśl po zobaczeniu urządzenia? “Wow, duże toto”. 6-calowy ekran w połączeniu ze średniej wielkości ramkami nad i pod nim sprawiają, że Xperia ta z pewnością nie należy do poręcznych urządzeń.

No ale dobrze, do wygody użytkowania przejdziemy za chwilę, teraz czas troszkę o wyglądzie. XA Ultra dotarła do mnie w teoretycznie kolorze złotym. Dlaczego teoretycznie? W porównaniu z chociażby iPhonem 6S w tym samym kolorze na pierwszy rzut oka widać, że do złotego Xperii bardzo daleko. Odcień urządzenia najlepiej porównać można chyba z denkiem od puszki konserwowej. Ni to złote, ni to srebrne, tylko takie coś pomiędzy. Czy ładne? No dla mnie nie do końca (zresztą to samo powiedziała mi chyba każda osoba, której pokazałem to urządzenie).

Oprócz wyglądu, nie porywa również wygoda używania XA Ultra. Jak przystało na każdego 6-calowca jest to duży telefon, ale do tego oczywiście dosyć szybko idzie się przyzwyczaić. O ile Sony bardzo ładnie (chociaż tylko na pierwszy rzut oka) i dosyć skutecznie pozbyło się bocznych ramek wokół wyświetlacza, to niestety te pod i nad nim są (jak to w sumie przystało na Xperię) trochę za duże. Tutaj dałoby się zrobić to o wiele lepiej i ładniej.

To samo powiedzieć można o wykonaniu XA Ultra. Wyglądające na pierwszy rzut oka na aluminiowe, krawędzie boczne okazały się być jednak plastikowe. To samo tyczy się ogromnego tylnego panelu (gdzie najlepiej widać kolor denka od konserwy), który to na dodatek bardzo nieprzyjemnie ugina się pod nawet najmniejszym naciskiem. Oprócz tego jednego mankamentu nie mogę zarzucić wiele Sony w kwestii wykonania.

Bardzo rozsądnie wygląda również sprawa rozmieszczenia przycisków. Wszystkie znalazły się na prawej krawędzi, która dzięki rozmiarowi urządzenia jest dosyć duża, co sprawia że przyciski te nigdy nie będą się nam mylić. Góra i dół to odpowiednio miniJack oraz microUSB. Tradycyjnie, już jak to u Sony, na prawym boku znajdziemy klapkę, pod którą umieszczono slot na kartę SIM, microSD oraz wysuwany listek z informacją o urządzeniu. Dziwi mnie fakt, że elementy te umieszczono właśnie pod zaślepką, a nie na szufladce, jak robi to większość producentów. Decyzja ta jest o tyle dziwniejsza, że urządzenie nie posiada żadnych certyfikatów świadczących o jego wodoodporności.

System i działanie

Jak przystało na Xperię, system w niej został przyozdobiony nakładką przygotowaną przez Sony. Xperia Home w swojej najnowszej wersji nie różni się za bardzo od tej ostatniej (a ta od przedostatniej itd., wiecie, jak to u nich jest), tym razem przemodelowaniu uległ jedynie ekran blokady, który teraz przesuwamy w lewo, aby odblokować. Oprócz tego jest mniej więcej tak samo jak wcześniej. Bardzo przyjemnie przygotowane aplikacje zgodne ze stylem Material Design poprzeplatane są z elementami zaczerpniętymi prosto z czystego Androida. W połączeniu z niewielką ilością śmieciowych aplikacji (zestaw appek Playstation, czy baaaardzo fajna i przydatna Xperia Lounge) i wyjątkowo dobrą optymalizacją czyni z nakładki Sony moją ulubioną wersję Androida.

Jak jednak sprawdza się to działając pod kontrolą MediaTeka Helio P10? No cóż. Szczerze mówiąc, oczekiwałem czegoś więcej. Jasne, podczas codziennych zadań nie ma praktycznie żadnych problemów, ale wystarczy zacząć robić coś bardziej zasobożernego, a już odczujemy lekkie braki mocy. Słabo jak na telefon za ponad 1,5 tysiąca złotych. Lepiej sprawa wygląda za to w grach – tutaj nawet te wymagające działają akceptowalnie dobrze.

Ekran, bateria, aparaty

Xperie Sony kiedyś słynęły z tego, że użyte w nich ekrany były… okropne, powiedzmy sobie szczerze. Jednak od czasów Xperii Z1 Compact wszystko uległo zmianie i z roku na rok (albo nawet częściej) było coraz to lepiej i lepiej. Jak więc wygląda to w Xperii XA Ultra?

Znowu niestety nie najlepiej. O ile co do czerni, kontrastu, kątów widzenia itp. większych zarzutów nie mam, to już niestety kolory mogłyby być bardziej żywe (a za to w trybie Bravia Engine bardziej naturalne). Bardzo dużym minusem jest też efekt “bleedingu” światła z wyświetlacza przez krawędzie przy ekranie lub chociażby prześwietlenia widoczne na czarnym tle w okolicach slotów na SD i SIM. Dosyć śmieszne wyglądało również roztrzepanie się światła na barwy podstawowe przy delikatnie zaokrąglonych krawędziach bocznych, ale to na szczęście nie przeszkadzało aż tak.

 

Dla odmiany, pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie bateria w XA Ultra. Ta według specyfikacji nie zachwyca pojemnością (tylko 2700 mAh), ale podczas codziennego, dosyć ciężkiego, używania pod koniec każdego dnia miałem od 30, do nawet 50 procent energii w zapasie.

Screenshot_20160918-105148

Oprócz 6-calowego wyświetlacza jednym z ważniejszych “ficzerów” XA Ultra jest przednia kamera. Nad ekranem nie został zamocowany słaby aparat o niskiej rozdzielczości. Zamiast niego mamy bowiem 16-megapiskelowy moduł, wspomagany osobna lampą błyskową specjalnie do selfie.

O ile ta druga okazała się być bardziej przekleństwem niż pomocą (chociaż to wynika bardziej z mojego uprzedzenia do lamp błyskowych), to już sam aparat był bardzo przyjemną zabawką. Zdjęcia z niego były praktycznie niemożliwe od odróżnienia od tych z aparatu głównego. Jedynym minusem było niestety to, że co chwilę oczko tej kamery musiałem przecierać skrawkiem koszulki, aby pozostało w czystości po rozmowach telefonicznych. Swoim selfie straszyć Was nie będę, więc zamiast tego macie tutaj selfie jamnika.

Jest dobrze, prawda?

To samo co powiedziałem o przednim aparacie, powiedzieć w sumie moge o tym tylnym. Tutaj 21-megapikselowa konstrukcja sprawuje się jak każdy aparat w telefonie Sony. Niby może zrobić naprawdę ładne zdjęcie i często mu to nawet wychodzi, ale praktycznie większość zdjęć i tak będzie po prostu przeciętna.

Podsumowanie

Testując XA Ultra całym czas miałem wrażenie, że czegoś tutaj brakuje. Pomysł 6-calowca z przednim aparatem do selfie jakości nie ustępującej temu głównego jest bowiem ideą całkiem ciekawą.

Tutaj niestety zawiodło jednak wykonanie. Średni kolor (problem ten na szczęście można rozwiązać wybierając coś bardziej neutralnego), pozostawiające do życzenia wykonanie i dobór materiałów czy ten cholerny wyświetlacz, który przez malutkie błędy wypada po prostu słabo, to niestety niewiele w stosunku do okej działania, nakładki, czy właśnie tych aparatów. W tym wszystkim nie pomaga również cena, która obecnie wynosi ponad 1,5 tysiąca i jest według mnie po prostu za wysoka.

Podsumowując, czy poleciłbym komuś XA Ultra? Jest mi bardzo ciężko to mówić, ale chyba niestety nie. W tym segmencie znaleźć można o wiele ciekawsze i przy okazji tańsze urządzenia (chociazby Moto X Play) niż proponuje nam Sony.


Autor tekstu

Maciek Leszczuk – redaktor-amator, przyszły technik-informatyk, fan Formuły 1, przeciwnik benchmarków. A, jeszcze jedno miłośnik jamników (??). Prywatnie z Samsungiem Galaxy S6 Egde i jakimś tam tabletem z Windowsem w szafie.