Home > Mobilne > TP-Link C5L – recenzja

TP-Link C5L – recenzja

Tak jak pisałem w niedawnej recenzji Bluboo Picasso, nie tylko drogimi telefonami człowiek żyje. Dokładnie tą sama myślą kierowałem się, wypożyczając na testy TP-Link Neffos C5L. Urządzenie to bez wątpienia celuje dokładnie w ten sam segment rynku co wymieniony wcześniej telefon konkurencji. Czy jednak wypada ono lepiej?

IMG_20160620_072502

Opakowanie i pierwsze wrażenia

 

Neffos C5L dotarł do mnie w przyjemnym dla oka, niewielkim, fioletowym pudełku. Jest ładnie, schludnie, ale też prosto i bez żadnego zaskoczenia. Czy to dobrze, czy też źle – chyba nie warto się zastanawiać; to przecież tylko kartonik, który i tak wyląduje w szafie.

Warto wspomnieć troszeczkę o jego zawartości. W zestawie wraz z telefonem znajdziemy bowiem baterię, kabel microUSB oraz ładowarkę. Wiadomo, że nie należy oczekiwać czegokolwiek więcej, ale dodatek w postaci np. folii na ekran byłby bardzo miłym gestem ze strony producenta (szczególnie że o takową ciężko w sklepach).

Testowany przeze mnie egzemplarz był koloru białego. Miałem pod ręką jego większego brata/siostrę (recenzja C5 już w przyszłym tygodniu) w czarnej wersji kolorystycznej. Szczerze mówiąc, bardziej spodobał mi się właśnie ten drugi wariant (wyglądał po prostu mniej… tanio), ale jest to już na szczęście kwestia gustu.

Po złożeniu całego urządzenia do kupy (czyli wsadzeniu karty SIM do jednego z dwóch slotów, potem baterii oraz zamknięciu wszystko klapką) przeżyłem niestety malutki zawód. Pod względem wykonania C5L troszkę ustępuje Bluboo Picasso. Biorąc telefon do ręki, nie czujemy się jakbyśmy trzymali plastikową zabawkę gotową rozlecieć się przy najmniejszym upadku, ale jeśli na przykład chociażby delikatnie ściśniemy go w odpowiednim miejscu, to usłyszymy niezbyt przyjemnie skrzypienie oraz poczujemy uginanie się materiału. Miejsce do poprawki w następnej generacji, ale na pewno nie jakiś wielki minus.

Neffos C5L wyglądem przypominać może urządzenia LG – podobnie umieszczona kamera, zbliżony kształt całej bryły czy pasek pod ekranem są elementami, które widywać możemy w telefonach tej koreańskiej firmy. Z drugiej strony podobieństwa te nie rzucają się w oczy aż tak, jak można było się spodziewać. Układ przycisków na bokach C5L wymyślony został całkiem mądrze – wszystkie znajdziemy na jego lewej krawędzi, podczas gdy na górnej umieszczono złącze microUSB oraz mini jack 3,5 mm. Dzięki takiej decyzji pozostałe dwa boki pozostały nietknięte.

Gorzej już niestety przemyślana została sprawa z przyciskami nawigacyjnymi. Zapewne po to, by oszczędzać już i tak niewielki ekran (4,5 cala), zostały one przeniesione tuż pod niego. Wszystko byłoby w takim rozwiązaniu względnie okej, gdyby nie fakt, że te nie są w żadnym stopniu podświetlane, przez co w nocy musimy się domyślać, gdzie musimy musnąć. Do gustu nie przypadła mi również pseudo-metalowa błyszcząca ramka wokół przedniego panelu. W rzeczywistości to, co wydawać by się mogło bardzo przyjemną wstawką, jest po prostu pomalowane niezbyt trwałą (oczami wyobraźni już teraz widzę jak element ten musi wyglądać po roku użytkowania) farbą, co trochę psuje pierwsze wrażenia.

Wrażenia z użytkowania, system

 

Po odpaleniu i skonfigurowaniu Neffosa moim oczom ukazała się nakładka, będącą luźną interpretacją MIUI, ColorOS, czy nawet iOS w połączeniu z elementami czystego Androida. Kolorowe ekrany w stylu ColorOS w połączeniu z aplikacjami wyrwanymi wprost z MIUI oraz launcher bez szuflady aplikacji (identycznie jak jest to rozwiązane w iOS) mimo wszystko razem wyglądały dosyć sensownie. Oczywiście do takich szczegółów jak brak wspomnianej już przed chwilą listy aplikacji trzeba się przyzwyczaić i nauczyć się organizować pulpit w kompletnie inny sposób, ale ostatecznie można spokojnie stwierdzić, że nie jest to złe rozwiązanie.

Bardzo przyjemnym dodatkiem była tez aplikacja Zarządzanie Systemem, w której monitorować mogliśmy antywirusa, użycie pamięci RAM, zapełnienie pamięci pokładowej (oraz karty SD) oraz co najciekawsze – kontrolować uprawnienia, o które to proszę zainstalowane aplikacje. Oprócz tego narzędzia TP-Link nie dorzucił zbyt wielu „śmieciowych” programów z gatunku tych, które od razu lądują w wirtualnym koszu. Cieszy również obecność motywów, które mogą zmienić nasz system nie do poznania. Smuci niestety fakt, że tychże było dosłownie kilka, co znacząco ograniczało nasz wybór.

Jak jednak ta nakładka działała na urządzeniu ze słabiutkim Snapdragonem 210 na pokładzie? Zaskakująco dobrze. Wiadomo, przycięcia lub jakieś zgrzyty się zdarzają, ale ogólne wrażenie z używania tego telefonu jest na delikatnie wyższym poziomie niż to, którego zaznałem przy Bluboo Picasso. Przy 1 GB pamięci RAM co prawda nie ma co marzyć o dobrym multitaskingu (tutaj konkurencja niestety wygrała), ale nie ma tutaj aż takiej tragedii, jakiej można by się było spodziewać.

Na bardzo upartego, z C5L da się nawet troszkę pograć. Czy jest to wygodne i przyjemne na 4,5 calach – tego już komentować nie będę (PS. nie jest), ale produkcje w 2D lub nawet te mniej wymagające w 3D pójdą tutaj bez większego problemu.

Ekran, bateria, aparat

 

Wyświetlacz jest chyba ostatnią częścią telefonu, na której chciałbym, żeby producent oszczędzał. Niech da aparat VGA, głośnik monofoniczny, czy nawet niech dołączone słuchawki w ogóle nie istnieją – ale błagam, niech patrzenie się na ekran nie będzie bolesne.

I wiecie co? Tutaj TP-Link nie przyoszczędził i ogólnie rzecz biorąc, matryca zastosowana w C5L jest okej. Wiadomo, stawianie jej obok AMOLED-ów byłoby aż z lekka smutne, ale przy chociażby Xperii Z1 jest naprawdę, naprawdę dobrze. Czerń jest w miarę czarna, kolory w miarę żywe, kontrast w miarę dobry. Ten ekran jest tak bardzo „w miarę”, że po prostu… da się go używać. Tyle w temacie.

To samo powiedzieć można o baterii. Przy moim typie korzystania z telefonu (non-stop WiFi, Bluetooth, internet mobilny, jasność na maksymalnym stopniu i duuuuużo Messengera) C5L spokojnie wyciągała ona ponad 2 godziny pracy na ekranie oraz cały dzień czuwania, na sam koniec mając jeszcze w zanadrzu kolejne 15-20 procent energii.

Kolejnym elementem, na którym producenci lubią oszczędzać, są aparaty. I czego by nie mówić, w C5L niestety to widać. Zdjęcia nacykane 5-megapikselowym sensorem nie porywają w żadnym tego słowa znaczeniu, da się je wrzucić na jakiegoś Instagrama lub Facebooka, ale na ścianie to pod żadnym pozorem bym ich nie wieszał. To samo tyczy się przedniej kamerki, która to – nawet jak na przednie kamerki – jest wyjątkowo słaba. Z resztą, sami zobaczcie:

Podsumowanie

 

Po tak pozytywnej recenzji jak powyższa, chyba nie pozostaje mi nic innego, niż polecić Wam Neffosa C5L, prawda? Urządzenie to jak na swoją klasę jest wyjątkowo ładne, dobrze wykonane, a cięcia cenowe czuć tylko na takich szczegółach jak jakość obudowy, czy chociażby brak WiFi 5 GHz. Telefon ten jest chyba pierwszą pozycją na rynku, której pomimo naprawdę niskiej (300-400 złotych) ceny byłbym w stanie używać na co dzień, bez przeklinania co chwilę.

Problem niestety jest właśnie w tym rynku. Po obniżce cen C5 oraz C5 Max, C5L praktycznie zniknął z półek sklepowych. Na Ceneo.pl dostać go możemy jedynie u dwóch sprzedawców i to na dodatek w dość śmiesznej cenie. Lepiej sprawa wygląda za to na Allegro i OLX, ale wspomniana właśnie przeze mnie przecena jej większego brata powoduje, że wystarczy dołożyć 100-150 złotych i otrzymać możemy już urządzenie o klasę (a nawet i więcej) lepsze.

Jeśli jednak naprawdę szukacie telefonu za te 300 lub nawet mniej złotych, to C5L będzie chyba najlepszym możliwym dla Was wyborem. Polecam go z całego serca oraz gwarantuję Wam, że nie zawiedziecie się tym, co stworzył TP-Link.


Autor tekstu:

Maciek Leszczuk