Home > Recenzje > Technologiczna niewola / Tomek Woźniak

Technologiczna niewola / Tomek Woźniak

Od zawsze ogromną sympatią darzę pisarzy science-fiction, przed którymi stoi bardzo trudne zadanie – stworzyć historię wciągającą, umieszczoną w przyszłości, a jednocześnie na tyle realną, aby czytelnicy zastanawiali się nad możliwością wystąpienia tych cudów technologii w realnym świecie. Wystarczy choćby wspomnieć próby stworzenia miecza świetlnego rodem z uniwersum Gwiezdnych Wojen, wykreowanego przez George’a Lucasa. Nie on jednak będzie dziś główną postacią. 

Stanisław Lem, nieżyjący już polski pisarz sci-fi, przez pewien okres swojej twórczości pisał o możliwych kierunkach rozwoju naszej cywilizacji. Tematami jego różnorakich wizji były inne inteligentne rasy we Wszechświecie i możliwość spotkania z nimi, ale także sprawy znacznie bardziej realne, jak na przykład Internet czy tablety. Przechodząc do meritum, pisał on także o pewnym aspekcie rozwoju technologicznego, czyli o pułapce, w którą wpadamy wszyscy. Niewola kojarzy nam się raczej ze świadomym odebraniem nam praw i możliwości, z odcięciem dostępu do czegoś, co jest nam potrzebne. Lem pisał o koncepcji cyfrowego, technologicznego więzienia, które będziemy budować sobie na własne życzenie i którego murami będziemy otaczać się z zadowoleniem i brakiem świadomości. Filozofując – teoretycznie im większy jest postęp technologiczny, tym bardziej świadoma zmian powinna być grupa jego użytkowników, choć nasze obecne społeczeństwo pokazuje, że to nie zawsze jest prawdą.

Sztuczne kreowanie potrzeb

Światem rządzą pieniądze, które ktoś musi dostarczać do kieszeni tych, stojących na szczycie. Nie zdajemy sobie nawet sprawy, jak ogromnymi wpływami dysponują firmy pokroju Google oraz jak bardzo decydują one o kierunku rozwoju technologii. Nie czynią tego bezinteresownie, bo wiedzą, że dobry marketing pomoże im przekonać nas, że potrzebujemy ich nowych wynalazków. Przyznaję się bez bicia – jako gadżeciarz również daję się wciągać w te pułapki. Przykładem niech będzie niedawny boom na ubieralne technologie, na których czele stoją Google Glass oraz wszelkiej maści inteligentne opaski fitnessowe i smartwatche. Problem polega na tym, że my czytaliśmy o tym dziesięć lat temu i marzyliśmy o posiadaniu czegoś takiego. Nieistotne jest, że do pomiaru aktywności wystarczy nam aplikacja Endomondo na smartfonie, a możliwość zmierzenia sobie tętna w każdej chwili nie jest czymś, co decyduje o życiu lub śmierci. Podobnie jak widoczny przed oczami ekran, na którym asystent stale podpowiada nam dalszą drogę z domu do sklepu osiedlowego. Gdy pobawiłem się chwilę GearFitem, niesamowicie mi się spodobał. Zechciałem go mieć, chociaż pieniądze przeznaczone na zakup mogłyby posłużyć się jakiejś ważniejszej sprawie. 

Nie potrzebujemy tego, lecz mimo to urządzenia bardzo szybko zdobyły popularność na świecie. I to jest świetnym przykładem budowania wokół siebie cyfrowego więzienia – mając smartwatcha przybywa nam kolejnych zmartwień pokroju „czy bateria wytrzyma mi do końca dnia”, które na obecnym etapie rozwoju tej technologii są niewarte posiadania. Cały czas zdrowy rozsądek walczy z chęcią „bycia fajnym” i wpada w sidła potrzeb wykreowanych na potrzeby zysku, niczego więcej.

Zagubieni w szalonym pędzie ku…

No właśnie. Ku czemu? Dokąd tak naprawdę zmierza cały ten świat? Stanisław Lem w jednym z wywiadów stwierdził, że przestaliśmy to kontrolować. Kiedyś od odkrycia do odkrycia mijało kilkanaście bądź kilkadziesiąt lat. W tej chwili co roku dostajemy informację o czymś, co już stało się przełomem, bądź będzie nim po jeszcze jednym przeprowadzeniu badań. Nie macie czasami wrażenia, że w tej chwili przypomina to rozpędzony pociąg, którzy prędzej czy później będzie musiał się wykoleić? Dość powiedzieć, że już w tej chwili system prawny nie daje sobie rady z rozwojem technologii. Wokół Google Glass wybucha wiele kontrowersji i zastanawiam się, w jaki sposób zostanie rozwiązana kwestia tego, że okulary mogą stale nagrywać widoczny przez nas obraz. Obecnie firma mówi, że będą one sygnalizować włączony tryb nagrywania, ale cóż, problemy są już przy tak błahej rzeczy. Niedawno zaś czytałem o ich pomyśle stworzenia samochodu, w którym nie byłoby pedałów oraz kierownicy, a całość sterowana byłaby przez komputer. Brzmi futurystycznie Jasne, że tak. Znów jednak pojawia się masa pytań w rodzaju – kto będzie odpowiedzialny, jeśli dojdzie do wypadku? Firma, „kierowca”, czy jeszcze ktoś inny? Po raz kolejny wpadamy we własne sidła, z których nie wyplączemy się zbyt szybko.

Po głębszym przyjrzeniu się widać, że problemy prawne przy Google Glass są tak naprawdę niczym w porównaniu z choćby rozwojem technologii zbrojeniowych. Już od dawna ludzkość jest w stanie w ciągu paru minut dosłownie rozerwać całą planetę, a mimo to przemysł zbrojeniowy pracuje pełną parą i wymyśla coraz to bardziej śmiercionośne narzędzia. Buduje wokół nas więzienie, w którym na straży wystarczy postawić jedną, niestabilnie nerwową osobę, by wszyscy więźniowie zostali potraktowani śmiertelną dawką elektrowstrząsów. Może przesadzam, lecz kto wie, jak wiele już razy brakowało malutkiej iskry do spalenia wszystkiego, co znamy. Tym mrocznym akcentem zakończę moje filozofowanie i mam nadzieję, że w niedalekim czasie ludzkość opamięta się i zrozumie, że czas zatrzymać ten pociąg.