Home > Gry > Recenzje > Śródziemie: Cień Mordoru – recenzja

Śródziemie: Cień Mordoru – recenzja

Autorem tekstu jest Konrad Pisula

Gier bazujących na Tolkienowskim uniwersum jest mnóstwo, ale żeby znaleźć naprawdę dobrą, trzeba się naszukać. Dlatego bardzo duże nadzieje pokładałem w Śródziemie: Cień Mordoru. I z jednej strony jestem zadowolony, a z drugiej zawiedziony.

Zacznę od najbardziej mrocznej strony tego produktu, i nie jest to klimat i kolorystyka. Na Xboksie 360 i PS3 została po prostu odwalona kaszana. Obrzydliwe tekstury, które długo się wczytują, spadki klatek, uboższe animacje, skandaliczny zasięg widzenia i to co najgorsze, czyli ekrany wczytywania. Żeby wejść do menu czekamy pięć sekund, a żeby z niego wyjść również tyle. Przejrzenie armii Saurona? Nie ma sprawy, ale poczekaj około siedmiu. Pokazuje to nie że konsole starej generacji są słabe (choć to byłbym w stanie zrozumieć), ale to, że gra została przeportowana na platformy siódmej generacji „od tak sobie”. Nie wiem czy widział to wydawca, ale na jego miejscu postąpił bym jak Techland z Dying Light, po prostu bym tego nie wydał na tych platformach!

Śródziemie: Cień Mordoru

Ale gdy już się przedrzemy przez te wszystkie loading screeny, jest już tylko lepiej. Zacznę od fabuły, która może nie jest epicka, ale trzyma poziom, co prawda od gry w uniwersum Śródziemia spodziewałbym się trochę więcej, no ale tu gameplay gra pierwsze skrzypce. Nasz heros to Talion, który stracił swoją rodzinę w ataku orków, sam również zginął, ale został wskrzeszony i połączony z duchem pewnego elfa (dosyć znana osobistość dla fanów Tolkiena). Dzięki temu możemy przenieść się do świata upiorów i strzelać z łuku do wrogów. Więc tak naprawdę mamy dwóch głównych bohaterów, których nawet polubiłem. Fajne są prowadzone między nimi dialogi i poznawanie historii elfa naprawdę mnie wciągnęło. Ich celem jest dowiedzenie się coś więcej o elfie, ten bowiem zapadł na amnezje, jak i pomszczenie żony i syna Taliona. Po drodze spotkamy kilka miernie napisanych postaci, pomiędzy którymi najbardziej świeci Gollum. Jednak w pamięć zapadł mi też pewien krasnolud, którego chyba najbardziej polubiłem głównie za sprawą ciętych tekstów. Jak widzicie jest tu źle, a nawet bym powiedział bardzo źle, ale fabuła wcale nie przeszkadza w masowym mordowaniu orków.

Śródziemie: Cień Mordoru

No właśnie przyjrzyjmy się samej esencji tej produkcji – systemowi walki. Ten jest łudząco podobny do tego z serii Batman, choć tu podobał mi się bardziej. Arsenał naszego bohatera to miecz, sztylet i łuk, niby nie dużo, ale broń możemy lekko modyfikować za pomocą run. Ataki zwykłe, kombosy, kontry, wykończenia, ogłuszenia, uniki, ataki z ukrycia, ataki z góry i wykorzystanie łuku podczas walki dają ogromne pole do popisu, tym bardziej, że mamy tu różne kombinacje przycisków, które przekładają się na ataki obszarowe czy natychmiastowe pozbycie się wroga poprzez ucięcie łba. System ten sprawdza się świetnie i nie nudzi się aż do końca głównie za sprawą nabywanych z czasem umiejętności.

Śródziemie: Cień Mordoru

Jednak wszystko to już było, sprawdza się świetnie, ale nic by tej produkcji nie odróżniało od innych, gdyby nie tryb nemezis. Jest to mała rewolucja w świecie gier komputerowych, rzecz, na którą czekam, aż pojawi się w innych produkcjach. W świecie gry możemy spotkać przeróżne potwory, jednak w 85% będą to orkowie, ci zaś mają swych dowódców. Wodzowie wydają rozkazy swoim podwładnym, ci zaś posłusznie je spełniają, dzięki temu Armia Saurona rośnie w siłę, co nie jest nam na rękę. Całej chmary orków nie wybijemy, ale pozbywając się dowódców możemy zatrzymać jej rozwój. Wodzowie zaś mają swoje osobowości, co to znaczy? A nie akurat to że „uruk Bartek lubi fiołki koloru niebieskiego”, lecz że nie ubijesz gnidy poprzez atak z powietrza, lub boi się karagorów (o nich potem). Dzięki temu zawsze lepiej obmyślić jakąś taktykę przed walką, jednak te wszystkie wady i zalety nie są wypisane na szpetnych mordach orków. Żeby się o urukach czegoś dowiedzieć, musimy znaleźć kapusiów i ich przesłuchać, ci zdradzą nam co nieco o wodzach i powiedzą gdzie się obecnie znajdują. Wiecie, taki MordorBook, he he he (śmiech z taśmy). Gdy już dotłuczemy się do takiego orka, który stoi wysoko w hierarchii możemy go zabić, jeśli jednak nie zrobimy tego przez ścięcie głowy, może on przeżyć. Spotkamy go potem z na przykład bandażem na głowie i gniewem w sobie, co najlepsze będzie on nas pamiętał i rzuci jakimś tekstem „tym razem ci się nie uda”. U mnie rekord to spotkanie orka który 4 razy (!) zakpił z śmierci, miał on mnóstwo blizn, nie posiadał oka a połowę twarzy trzymał jakiś metal. W końcu posłałem go do orkowego nieba poprzez ścięcie głowy.

Śródziemie: Cień Mordoru

Mniej więcej w środku zabawy gameplay zmienia się o jakieś 180 stopni właśnie dzięki trybowi nemezis. Powiem tylko tyle, że możemy mieć swoich ludzi w armii Saurona, zabawa na kolejne kilkadziesiąt godzin.

Eksplorujemy dwie dosyć spore, ale kompletnie pozbawione polotu lokacje, jedną od drugiej odróżnia tylko trawa i woda. Budynki i różnego rodzaju znaki szczególne umieszczone na nich są do bólu powtarzalne i biją duetem „kopiuj – wklej”. Żeby jak najmniej spędzić czasu na bieganiu i oglądaniu tych samych widoków, możemy wsiąść na zwierzątka zwane karagorami. Są to potwory bojowe, które gdy tylko nas zobaczą, chcą nas po protu wszamać, jednak możemy je „udomowić” za pomocą naszej magii. Z takiego karagora możemy również atakować, a dają one naprawdę dużą przewagę w walce.

Jak na tego typu grę zaskakująco tu dużo aktywności pobocznych, i to w głównej mierze udanych.

Śródziemie: Cień Mordoru

Dobra, teraz żeby nie zbluzgać gry, wspomnę o grafice, jednak tylko o oprawie z nextgenów i PC (powyżej high). Wygląda to bardzo dobrze, szczególnie (nieobecne na x360 i ps3) efekty pogodowe, tekstury ostre, filtry idealnie dopasowane, cienie, no i przepiękne finishery prezentują najwyższą klasę. Dźwięki, a w szczególności dubbing, są wspaniałe, a głosy i wygląd orków to klasa wprost filmowa.

Biorąc wszystko w całość, Cień Mordoru prezentuje się całkiem nie najgorzej, jednak na grę naprawdę dobrą musimy poczekać. Jeśli twórcy zdecydują się na sequel (i będą uczyć się na swoich błędach), to ten będzie już pozbawiony wad swego poprzednika i wykonany tak, że nie będzie można się z od niego oderwać, no, przynajmniej ja mam taką nadzieje, bo z Talionem rozstałem się po trzydziestu pięciu godzinach. Zapamiętam tę produkcje jako bardzo miły zabijacz czasu, choć w sumie to o to w grach chodzi.