Home > Gry > Felietony > RETRO – Wolfenstein 3D

RETRO – Wolfenstein 3D

Do pierwszego Wolfa miałem od zawsze nabożny szacunek, jak zresztą do prawie każdej gry wnoszącej coś nowego do branży elektronicznej rozrywki – produkcji, które zapoczątkowują nowy gatunek bądź rozpoczynają nową erę w świecie gier.


Taki też jest Wolfenstein 3D – produkcja będąca ojcem wszystkich strzelanek, pierwszy pierwszoosobowy shooter na rynku, wydany w 1992 roku.
Nie mogę powiedzieć, że jestem ogromnym fanem gatunku, ale mam za sobą większość odsłon serii Battlefield, Call of Duty czy Counter Strike, które są uważane za najlepsze FPS-y ostatnich lat. Bałem się zasiąść do pierwszego Wolfa, nieco przerażony przede wszystkim jego rzekomą topornością i ogólnym ubóstwem względem dzisiejszych produkcji.


Niemniej jednak odpaliłem omawiany tytuł… i muszę powiedzieć, że jestem naprawdę mile zaskoczony, bo spodziewałem się jednak czegoś zupełnie innego, czegoś naprawdę topornego i mało przystępnego. Przeszedłem grę jednak bez olbrzymich trudności, jakich się spodziewałem po tak kultowym tytule, bo jak wiadomo, poziom trudności gier z początku lat dziewięćdziesiątych bywał tak hardkorowy, że przejście Dark Souls bez zapisu stanu gry wydaje się być dziecinną igraszką.


Fabuła nie jest specjalnie skomplikowana, tak samo jak koncepcja gry. Wcielamy się w Amerykanina polskiego pochodzenia, znanego już w popkulturze BJ’a Blazkowicza. Walczy on po stronie aliantów i ma za zadanie zinfiltrować twierdzę Hitlera, po drodze zmieniając całe hordy nazistów w ex-nazistów.


Pierwsza w oczy rzuciła mi się mechanika strzelania. Gra nie posiada celownika, do jakiego przyzwyczaiły nas współczesne strzelanki, więc oddawanie strzałów na pierwszy rzut oka wydaje się dosyć trudne, jednak po chwili grania i przyzwyczajenia się do mechaniki diabeł już nie jest tak straszny, jak go malują, a pokonywanie kolejnych wrogów jest tylko troszkę mniej wygodne niż w Battlefieldzie czy Call of Duty.
Liczba samych oponentów wzrasta wraz z zasadą „im dalej w las, tym więcej grzybów”. Na pierwszych poziomach jest ich niewielu, ale pod koniec gra przypomina nieco jazdę na łyżwach po rozgrzanej lawie, w stylu Matrixa unikając rzucanych zewsząd noży. Niełatwa sztuka, zwłaszcza na wyższych poziomach trudności.


Ogólny poziom trudności Wolfa jednak nie jest bardzo wygórowany. Na końcu każdego rozdziału musimy pokonać bossa (z Führerem na czele), jednak nie są to epickie pojedynki znane ze starszych action-erpegów i można wygrać starcie już za piątym czy szóstym podejściem, o ile dobrze opanowaliśmy robienie uników. Sam pojedynek ogranicza się w sumie tylko do tego, no i pakowania ton ołowiu w oponenta.
Samych broni nie mamy tyle co we współczesnych shooterach – nasz arsenał ogranicza się do mało skutecznego noża, pistoletu, karabinu i kilku innych. Wszystkie obsługują ten sam rodzaj amunicji, więc nie musimy się martwić o szukanie magazynków do konkretnego rodzaju oręża.
Amunicję zdobywamy, zbierając ją z ciał poległych nazistów, a także szukając jej po kątach. Nawiasem mówiąc, w grze znajduje się dużo ukrytych pomieszczeń i easter eggów będących rajem dla fanów eksploracji. Tak jak w Duke Nukem 3D, zalecane jest opukiwanie ścian w poszukiwaniu znajdziek.


W odróżnieniu od większości współczesnych strzelanek zdrowie nie regeneruje się samo, co sprawia, że ukrywanie się za przeszkodą w oczekiwaniu na wzrost paska zdrowia jest bezsensowne i głupie. Musimy przez to o wiele bardziej uważać, no i szukać apteczek porozrzucanych po całej mapie.
W grze jest sześć rozległych epizodów, jednak nie ma pomiędzy nimi różnicy większej niż rozkład korytarzy i inne tekstury na ścianach, przez co po pewnym czasie może się nużyć. Bolączką jest brak minimapy, co znacznie ułatwia gubienie się w rozległych korytarzach i przyznam szczerze, że szukanie odpowiedniej drogi niekiedy bywa naprawdę irytujące, tak samo jak ciągłe przemierzanie tych samych pomieszczeń. Jest to dla mnie największy mankament, gdyż jako współczesny gracz jestem niezwykle rozpieszczony przez prowadzące za rączkę samograjki, do których zarówno Wolf, jak i żadna starsza strzelanka się nie zalicza.


Podsumowując, przejście pierwszej odsłony serii Wolfenstein było dla mnie niezwykłym doświadczeniem. Jest to gra nieco inna niż się spodziewałem, na tle innych gier z tamtego okresu dość przystępna. Poziom trudności nie jest specjalnie wygórowany, co jednak nie znaczy, że przejdziemy ową produkcję z palcem w nosie, a przyjemność ze strzelania do nazistów jest dokładnie taka sama jak w Medal of Honorach i innych współczesnych pierwszoosobowych shooterach. Nie jest to jednak gra dla wszystkich. Młodsi gracze mogą być nieco zdegustowani koniecznością ciągłego błądzenia i staroszkolnego przeszukiwania pomieszczeń w celu znalezienia amunicji lub apteczek, a i mechanika strzelania może nieco odstraszać. Niemniej jednak nie uważam czasu spędzonego z Wolfem za stracony i produkcję polecam zarówno współczesnym graczom nie bojącym się nowych doświadczeń, jak i weteranom chcącym powrócić do ogrywanego przed laty tytułu.


Autor tekstu 

Kuba Łaszkiewicz – wielki fan muzyki alternatywnej (Lao Che, Pablopavo) oraz rockowej (Pink Floyd, Led Zeppelin). Zapalony czytelnik, kolekcjoner gier, książek i płyt. Zagra we wszystko, co nie jest skomplikowaną strategią albo grą ruchową.