Home > Mobilne > Recenzja: Bluboo Picasso

Recenzja: Bluboo Picasso

Po niedawnych testach Xperii Z5 Premium z najwyższej półki uznałem, że tym razem chyba trochę przesadziliśmy. Telefon za 4 tysiące złotych? Powiedzmy sobie szczerze – urządzenie to po prosu nie jest na nasz (pytanie czy na jakikolwiek) rynek. Założę się, że u nas tysiąc razy lepiej sprzedałby się smartfon za 400 złotych. Ale tutaj pojawia się pytanie – czy taki telefon dałoby się w ogóle używać? Przekonajmy się. Zapraszam Was do testu Bluboo Picasso.

Pudełko

Przyznam szczerze, że rzadko kiedy zwracam jakąś szczególną uwagę na pudełka, w których przychodzą do mnie telefony. Zazwyczaj wyglądają one bowiem tak samo – prostokątne i tekturowe opakowanie, mające na celu raczej chronić samą zawartość, a nie wyglądać.

Nie inaczej jest w przypadku Bluboo – tutaj jednak spotkało mnie pewne zaskoczenie. Ciężko jest mi to opisać słowami, ale pudełko to wyglądało, jakby w środku znajdować się miały … perfumy.

No ale dobrze, nie ocenia się książki po okładce. Co skrywa w sobie to opakowanie oprócz właśnie telefonu? Standardowy kabelek micro USB, ładowarkę, słuchawki, baterię oraz – coś miłego – zapasową folię na ekran. Dlaczego zapasową? Bowiem jedna została już fabrycznie na wyświetlacz naklejona. Bardzo przyjemny dodatek.

Wykonanie i wygląd

Jakie były moje pierwsze wrażenia co do samego Picasso? Kiedy wziąłem go do dłoni, od razu przypomniał mi się pewien „cudak”, który trafił do mnie na test dobre dwa lata temu – Zopo ZP980 Gold Edition. Obydwa te urządzenia są „chińsko” plastikowe, plastikowo-złote, a ich przód pokrywa biała tafla szkła.

Ale wracając do samego Picasso – urządzenie na pierwszy rzut oka wydaje się być zarówno przyjemnie wykonane, jak i zaprojektowane. Na dużą pochwałę zasługuje tylna klapka, która to została pokryta pseudo-trójwymiarowym wzorem (przy okazji poprawiającym stabilność telefonu w dłoni).

Bardzo pozytywnie ocenić też muszę samo wykonanie Bluboo. Smartfon, jak na taniego chińczyka, jest spasowany naprawdę przyzwoicie. Duży minus niestety należy się za plastikową ramkę, która to w moim egzemplarzu (swoją drogą – fabrycznie nowym) już po wyjęciu z pudełka posiadała odpryski złotej farby w okolicach gniazda słuchawkowego.

Działanie

Całe dobre wrażenie pryska niestety już przy pierwszym uruchomieniu urządzenia. Producent tak zawzięcie walczył o wolne miejsce dostępne do wykorzystania, że aż zdecydował się na usunięcie aplikacji odpowiedzialnej za przeprowadzanie użytkownika przez pierwszą konfigurację telefonu. Przez to od razu odsyłani jesteśmy do pulpitu, a wszystkie konta musimy dodać ręcznie, z poziomu ustawień.

Kolejne rozczarowanie spotyka nas dosłownie sekundy później – urządzenie zdecydowanie nie należy do tych szybkich. Powiem więcej, czasami można spokojnie zaliczyć je do tych powolnych, chociaż na szczęście zazwyczaj plasuje się w kategorii „da się używać”. Największą bolączką Bluboo Picasso jest … pisanie na klawiaturze ekranowej. Tutaj opóźnienie potrafi być dwusekundowe, co jest, powiedzmy sobie szczerze, niedopuszczalne. O ile samo używanie tego telefonu nie było żadnym dramatem, to już niestety pisanie na nim czegokolwiek jest bardzo, ale to bardzo nieprzyjemnym żartem. Co najgorsze, nie pomaga na to ani zmiana klawiatury, ani pozamykanie działających w tle aplikacji – czegokolwiek byśmy nie zrobili, i tak będzie się pisało okropnie źle. Na Picasso na pewno nie pogramy w żadne wymagające gry, tutaj pozostaje nam stary, dobry pasjans lub jakieś mniej zasobożerne produkcje w 2D. Podczas codziennego użytkowania musimy również uzbroić się w pokłady cierpliwości, które niestety często potrafią być bardzo przydatne. Zastosowany w Picasso 4-rdzeniowy układ MediaTek MT6580 nie należy bowiem do zbyt potężnych jednostek obliczeniowych. Do najprostszych czynności jego moc zazwyczaj wystarcza, ale musimy być gotowi na to, że coś się przytnie, zamuli, lub nawet wyrzuci nas na ekran główny.

Ekran główny, który to został przez Bluboo delikatnie zmodyfikowany. Nakładka, z którą spotykamy się w Picasso, należy na szczęście do tych lżejszych, dzięki czemu przez większość czasu mamy do czynienia praktycznie z czystym Androidem w wersji 5.1. Miejscami widać niestety magiczny dotyk designerów producenta, którzy to podmienili ikony, tapety oraz wygląd kilku aplikacji systemowych, ale na szczęście nie kłuje to w oczy tak, jak TouchWiz w latach swojej „świetności”. Tutaj niestety muszę Was z całego serca przeprosić – przez moją pomyłkę, straciłem wszystkie zrzuty ekranu z Picasso. Aby zobaczyć jak wygląda opisywana przez mnie nakładka, muszę Was odesłać na stronę producenta. W porównaniu z ogólną wydajnością systemu, bardzo dużym plusem jest obsługa wielozadaniowości. Urządzenie wyposażone zostało w aż 2 GB pamięci RAM, dzięki czemu aplikacje bardzo ładnie działają sobie w tle, czekając tylko aż znowu będą one nam potrzebne.

Ekran, aparat, bateria

Oprócz wydajności moim największym zmartwieniem dotyczącym Picasso był jego ekran. Przed oczami miałem bowiem wszystkie inne chińskie low-endy, których wyświetlacze sprawiały wrażenie wręcz monochromatycznych, a kąty widzenia zmuszały nas do trzymania urządzenia w jakieś chore sposoby, żeby cokolwiek zobaczyć. W Bluboo jest na szczęście o wiele lepiej. Przesiadłem się na niego bezpośrednio z Galaxy S6 Edge i mogę powiedzieć śmiało, 5-calowy panel IPS od Bluboo nie wypadał w porównaniu z Samsungowym AMOLEDEM aż tak źle, jak można by się tego spodziewać. Oczywiście ten drugi to nadal kompletnie inna klasa, zarówno pod względem kolorów, jak i rozdzielczości, ale ani razu nie pomyślałem czegoś w stylu „jaki ten ekran jest słaby”. Ponarzekać mogę jedynie na jego szarą czerń oraz dość niską rozdzielczość, ale pamiętajmy, że ten telefon kosztuje 400 złotych.

O tak niskiej cenie niestety ciągle przypominać będzie nam aparat, który to już zdecydowanie mógłby być o wiele lepszy. Opóźnienie, z jakim pojawia się na ekranie albo z jakim wykonywane jest samo zdjęcie, mierzyć można w sekundach, system często ma problem ze złapaniem ostrości, a fotografie wykonywane w słabszych warunkach prawie zawsze kończą się jednym wielkim szumem. Bardzo rozczarowująca okazała się również liczba szczegółów, lecz tego po 8-megapikselowej matrycy można było się spodziewać. Kolejnym elementem, który w Picasso wypada całkiem sensownie, jest jego bateria. Ogniwo o pojemności 2500 mAh pozwala na cały dzień użytkowania (około dwóch i pół godzin na ekranie) telefonu bez obaw o to, że zabraknie nam prądu. Czy dałoby się osiągnąć tutaj dwa dni? Szczerze w to wątpię, ale z jednym dniem problemów nie będzie.

Cena

To już moja druga recenzja z rzędu, w której pojawia się akapit nawiązujący w całości do ceny testowanego urządzenia. Tym razem jednak jest on tutaj z całkowicie przeciwnego powodu niż w przypadku Xperii Z5 Premium.

Tak jak już kilka razy wspomniałem, Bluboo Picasso kosztuje tylko 400 złotych. Jest to kwota, za którą otrzymujemy średni, ale dający się używać, telefon ze wcale nie tak starym systemem, całkiem średnią baterią i wykonaniem, nie dającym po sobie poznać tego, ile kosztuje. Wspomniałem, że Picasso posiada dual-sima? Bo posiada.

Czy jest to jedna dobra oferta? Na pewno warta uwagi, w najbliższych tygodniach przetestuję dla Was chyba największego konkurenta Picasso – TP-Link Neffos C5L, który co powiem już teraz, jest od Bluboo urządzeniem lepszym na prawie każdej płaszczyźnie.

Podsumowanie

Jak widać, dożyliśmy czasów, w których to smartfony nie kosztują już setki, czy nawet tysiące złotych, a ich najprostsze modele można kupić już za 400 złotych. Za tą cenę dostajemy bowiem bardzo przyzwoite urządzenie, które pomimo licznych wad nadal daje się używać i to przez kogoś, kto normalnie korzysta z flagowych modeli od największych producentów.

Największy minus Bluboo? Zdecydowanie wydajność podczas pisania na klawiaturze ekranowej. Jeśli tylko producent w jakikolwiek sposób to poprawi, to będę mógł polecić Wam ten telefon z całego serca. Na teraz pozostaje mi tylko zapewnić Was, że konkurencja w postaci TP-Linka oraz ich Neffosa C5L nie śpi, co opiszę dla Was w najbliższych tygodniach wraz z recenzją tego urządzenia.

Autor tekstu:

Maciek Leszczuk – Redaktor-amator, przyszły technik-informatyk, fan Formuły 1, przeciwnik benchmarków. A, jeszcze jedno – miłośnik jamników 🙂 Prywatnie z Samsungiem Galaxy S6 Egde i jakimś tam tabletem z Windowsem w szafie.