Home > Recenzje > Lumia 1020 – długodystansowa recenzja / Piotr Mikosz

Lumia 1020 – długodystansowa recenzja / Piotr Mikosz

Jak dla mnie recenzje pisemne były od zawsze formą ułomną. Podstawową ich wadą jest to, że pisane są na szybko, nie dalej niż kilka tygodni od rozpoczęcia przygody z danym urządzeniem. W tak krótkim czasie nie da się poznać urządzenia na wskroś. W dodatku nieraz wpływ na tekst ma aktualny nastrój piszącego czy nastroje panujące wtedy w świecie nowych technologii. Ostatni minus to to, że pisząc, ciężko jest wiernie oddać emocje towarzyszące obcowaniu z przedmiotem recenzowanym. To wszystko powoduje, że recenzje czegokolwiek czytam tylko wtedy, gdy muszę. Jednak zamiast tylko narzekać na to, że recenzje są złe, spróbuję napisać jedną osobiście, po swojemu.

No dobrze, pomarudziłem we wstępie, ale czym właściwie będzie różnić się ta recenzja od dziesiątek innych, dotyczących wspomnianego w tytule telefonu? Przede wszystkim tym, że Lumia 1020 jest w moim posiadaniu równo rok. Jestem typem człowieka, który używa smartfona niemal non stop, więc po tym okresie mogę śmiało powiedzieć, że wiem o tym urządzeniu wszystko. Po drugie, telefon ten kupiłem za własne, ciężko zarobione pieniądze. Nie dostałem go dzięki odpowiedniemu mizdrzeniu się do przedstawiciela (jeszcze wtedy) Nokii. Dokonałem świadomego wyboru, inwestując 1700 zł w telefon moich marzeń. Czy było warto? Zapraszam do lektury.

Pierwsze wrażenie

Choć, jak już wspomniałem, telefon przyszedł do mnie rok temu. to dosyć dobrze pamiętam, co czułem, gdy pierwszy raz wyjąłem go z pudełka. Tym uczuciem był paniczny strach. Kiedy tylko go rozpakowałem, od razu zwróciłem uwagę na świetną jakość wykonania, wszystko było spasowane idealnie, zrobione z wysokiej klasy materiałów. Tym, co przyprawiło mnie o zawał serca, był odgłos, jaki urządzenie wydawało z siebie, gdy się nim potrzasnęło. Dźwiękiem tym był… grzechot. Byłem niemal pewien, że będący w ciągłym pospiechu kurier zwyczajnie upuścił paczkę, co spowodowało urwanie się jakiejś części we wnętrzu smartfona. Głównym podejrzanym był oczywiście aparat, ponieważ jest najwrażliwszy, zaraz po ekranie, na uszkodzenia mechaniczne. Z tego właśnie powodu pierwszą aplikacją, jaką uruchomiłem po włączeniu telefonu, była ta od aparatu. Ku mojemu zdziwieniu aparat chodził bez zarzutu, nie zdradzając żadnych oznak kontuzji. Upewniwszy się, że mojej wymarzonej Lumii nic innego nie dolega, wciąż niespokojny, powróciłem jeszcze na moment do pudełka, by przejrzeć resztę jego zawartości. Wtedy właśnie zagadka się rozwiązała. Oprócz karty gwarancyjnej, instrukcji oraz akcesoriów znalazłem tam taką oto karteczkę:

obrazek 1

Nikt z Was, drodzy czytelnicy, nawet nie wyobraża sobie, jaką ulgę poczułem, gdy ją przeczytałem. Oczywiście w pierwszym odruchu zwyzywałem wszystkich twórców tego telefonu wraz z ich rodzinami do piątego pokolenia wstecz. W ten prosty sposób rozładowałem nagromadzoną we mnie złą energię i zacząłem moją przygodę z Lumią 1020.

Design

Jak już wyżej wspomniałem, od strony estetycznej nie można się do niczego przyczepić. Telefon dobrze leży w dłoni i jest solidnie wykonany. Połączenie poliwęglanu z szkłem Gorilla Glass 3 sprawdza się idealnie i wygląda, w mojej opinii, naprawdę dobrze. Na przednim panelu znajdziemy trzy dotykowe przyciski: back, home, search, a na prawym boku urządzenia cztery fizyczne przyciski: dwa od regulacji głośności, power oraz dwustopniowy spust migawkę. Obecność tego ostatniego cieszy szczególnie w obliczu trendu zastępowania wszystkich fizycznych przycisków wirtualnymi. Kolejnym atutem jest to, że przyciski są dobrze rozmieszczone, co pozwala nam uniknąć błądzenia palcem po obudowie w ich poszukiwaniu. Na pozostałych bokach telefonu znajdziemy jeszcze gniazdo na kartę micro SIM, dwa mikrofony, wejście minijack oraz port micro USB. Tu z rozmieszczeniem nie jest już tak kolorowo. Najbardziej irytującą rzeczą jest położenie mikrofonu, który, przynajmniej ja, notorycznie sobie zasłaniam, trzymając telefon w czasie rozmowy. Skutków tego chyba nie muszę nikomu tłumaczyć. Gdybym miał wskazać jeszcze jakiś mankament, to byłoby nim umiejscowienie wejścia słuchawkowego na górze, zamiast na dole telefonu. Oczywiście opowiadając o tej Lumii, nie sposób nie wspomnieć o wystającym z tyłu telefonu aparacie. Uważam, że w żaden sposób nie utrudnia on obcowania z urządzeniem.

zdjecie 1

Ekran

Tutaj Nokii należą się oklaski. Wyświetlany przez ekran obraz jest znakomity. Idealnie zbalansowane barwy, doskonały kontrast i świetna ostrość, tak w skrócie można go opisać. Choć na tle konkurencji 720p na papierze wygląda blado, to nie dajcie się zwieść, przy przekątnej ekranu 4,5″ jest to rozdzielczość w sam raz. Z jednej strony właściwie nie da się zobaczyć pojedynczego piksela, a z drugiej 720p nie katuje baterii tak jak fullHD, o qHD nie wspominając. Ostatnia cechą ekranu, nad którą zamierzam się rozpływać, jest jego czułość. W ustawieniach znajdziemy opcje przełączania ekranu z trybu normalnego w bardzo czuły. Pozwoli nam to z powodzeniem obsługiwać telefon nawet w grubych rękawiczkach, czy przy pomocy dowolnego metalowego przedmiotu (nieraz robiłem to na przykład widelcem). Ta dodatkowa przyjemność wiąże się jednak z większym poborem prądu, czyli krótszym czasem pracy na baterii. Nie zmienia to faktu, że jest to funkcja szalenie wygodna, zwłaszcza zimą.

Wnętrze

Mówią, że to ono liczy się najbardziej. Niestety nic o nim w tej recenzji nie opowiem, bo obudowa typu unibody skutecznie uniemożliwia mi zajrzenie do środka. Próbowałem zerknąć przez gniazdo minijack i micro USB, bez skutku. Jeżeli zaś kogoś interesują liczby, polecam wpisać w Google nazwę telefonu z dopiskiem „specyfikacja”. Pierwsze wyniki tego wyszukiwania prowadzą do bardzo długich tabel z dziesiątkami cyfr, symboli i nazw, których i tak większość ludzi nie zrozumie. Ja zaś uważam, że recenzja nie powinna zawierać suchych faktów, lecz subiektywne opinie i odczucia. Przeczytać skopiowaną ze strony producenta specyfikację można wszędzie, w przeciwieństwie do przelanych „na papier” imponderabiliów.

System

To kolejna zaleta tego telefonu. Gdy wydawałem wspomniane 1700 zł na telefon, oczekiwałem, że będę mógł bez przeszkód używać go co najmniej rok. Oczywiście, jeżeli o telefon się odpowiednio dba, i nie ma się wyjątkowego pecha, to jedyną rzeczą, która może się rozsypać, jest system. Moja kochana „tysiącdwudziestka” może śmiało przytoczyć znany cytat: „nie ze mną te numery, Brunner”. Windows Phone 8.1 (początkowo w wersji 8.0), bo to jego znajdziemy na pokładzie, działa perfekcyjnie płynnie. Ilość krytycznych zawieszeń telefonu mógłbym policzyć na palcach jednej ręki, nawet gdyby ucięto mi w niej dwa palce. Przypomnę tylko, że mówimy o ROKU użytkowania. Warto też dodać, że problemy przy używaniu samego systemu nie występują nigdy. Powodem „totalnej zwiechy” zawsze były aplikacje zewnętrzne, w których zwyczajnie coś poszło nie tak. Jeżeli chodzi o wygląd systemu, oczywiście jest to kwestia gustu. Ja jestem estetą, człowiekiem lubiącym porządek i prostotę. Przez to właśnie pokochałem mobilne okienka od pierwszego wejrzenia. Jestem świadom, że nie wszystkim Windows Phone może przypaść do gustu, ale to moja recenzja, więc mogę w niej napisać, że Windows Phone jest super.

Aplikacje

Skąd taki podrozdział w mojej recenzji? Ponieważ notorycznie słyszę powtarzany jak mantra wobec mobilnego systemu Microsoftu zarzut: za mało aplikacji. Szlag mnie trafia, jak to słyszę, bo jest to absolutną bzdurą. W kwestii aplikacji lokalnych, czyli takich jak: Allegro, Interia, mBank, Jakdojade.pl, i tak dalej, Windows Phone nie odstaje znacznie od konkurencji. Oczywiście jeżeli jesteśmy mieszkańcami Hultajewa obok Puńska w województwie podlaskim to nie ma co liczyć, że znajdziemy aplikacje z rozkładem jazdy PKS-ów przez naszą miejscowość. Tyle, że takiej aplikacji nie znajdziemy również na Androida czy iOSa. W kwestii aplikacji globalnych, takich jak: Facebook, Twitter, Vine, jest nieco gorzej, ponieważ na świecie Windows Phone nadal traktowany jest po macoszemu. Tak się składa, że te trzy wymienione aplikacje znajdziemy w Sklepie, lecz nie można tego powiedzieć o oficjalnych aplikacjach, na przykład, Pocketa czy Snapczatu. Brak oficjalnych aplikacji nie oznacza jednak niemożności korzystania z danych portali i usług. W Sklepie znajdziemy wiele zamienników, często lepszych od pierwowzorów (np klient YouTube). Te braki w pewien sposób postarała zrekompensować nam Nokia, wydając szereg świetnych, autorskich aplikacji z mapami HERE na czele. Podsumowując: każdemu przeciętnemu użytkownikowi nie będzie brakowało aplikacji w czasie korzystania z Windows Phone. Z kolei ci bardziej wymagający bardzo szybko wyszperają w sklepie zamienniki brakujących programów i nie odczują żadnych braków.

Multimedia

Świetny ekran i dobry system to solidny fundament pod budowę kieszonkowego centrum multimediów. Uzupełnieniem ich są oczywiście takie części jak głośnik, oprogramowanie do odtwarzania multimediów czy przestrzeń na ich przechowywanie.

Zaczynając od końca, przestrzeni mamy sporo, bo 32 GB (29,1 GB do użytku) lub 64 GB wbudowanej pamięci wewnętrznej. Ja posiadam ten pierwszy wariant i nigdy nie zapełniłem pamięci nawet w 3/4. Na pokładzie nie znajdziemy natomiast slotu na kartę pamięci, co dla niektórych może mieć znaczenie.

Jeżeli chodzi o oprogramowanie służące do odtwarzania multimediów, to mam kilka zarzutów. Największym w tej dziedzinie niewypałem jest, moim zdaniem, hub Xbox odpowiedzialny za gry. W uproszczeniu jest to taki multimedialny folder, w którym znajdziemy wszystkie nasze gry, a do tego podejrzymy stan naszego konta Xbox. Gdy zaczynałem moją przygodę z mobilnym Windowsem (wtedy jeszcze w wersji 8.0), sytuacja wyglądała odrobinę inaczej, ponieważ wszystkie zainstalowane w telefonie gry znajdowały się w tym hubie, i tylko tam. Oznaczało to, że nie były one widoczne na liście aplikacji, co wprowadzało miły porządek do naszego telefonu. Niestety po aktualizacji do wersji 8.1, ktoś postanowił z tego zrezygnować i na liście aplikacji umieścić również gry. Oprócz tego, że spowodowało to niemiłosierny bałagan, to kompletnie odebrało sens egzystencji hubowi Xbox. Microsoft już zapowiedział, ze zajmie się tym problemem przy okazji kolejnej aktualizacji. Co do samych gier, w Sklepie znajdziemy wiele naprawdę wartych uwagi tytułów. O kilku z nich pisałem ostatnio [tu link to artykułu o czasoumilaczach], ale o dobrych grach na Windows Phone mógłbym tak naprawdę napisać książkę. Za sprawą jednej z najmocniejszych wśród telefonów z WP specyfikacji, wszystkie znalezione w Sklepie tytuły chodzą idealnie płynnie. Gdybym miał się jeszcze do czegoś związanego z graniem przyczepić, byłoby to nagrzewanie się telefonu. Granie w takie tytuły jak, na przykład, Asphalt 8: Airborne powoduje, że metalowa obudowa aparatu niemiłosiernie się grzeje. Co ciekawe nie wpływa to w żaden sposób na działanie telefonu. Za to w zimie, gdy zapomnimy rękawiczek, może okazać się zbawienne.

Dla odmiany do hubu Xbox Video nie mam właściwie żadnych zastrzeżeń. Aplikacja spełnia moje oczekiwania, odtwarzając wszystkie popularne formaty plików. Ciekawą funkcja jest możliwość odtwarzania filmów z napisami z zewnętrznych plików, leczy tylko po zrzuceniu ich na telefon przy pomocy oprogramowania Zune (aplikacji do zarzadzania telefonem z WP dla komputerów).

Na koniec zostawiłem hub Xbox Music, co do którego mam mieszanie uczucia. Z jednej strony aplikacja ma przyjemny interfejs, odtwarza najpopularniejsze formaty i ładnie porządkuje zbiory naszej muzyki, a z drugiej jej płynność i szybkość działania pozostawiają wiele do życzenia. Ten problem, podobnie jak w przypadku Xbox Games, pojawił się po aktualizacji do WP8.1, ponieważ odtwarzacz muzyki został wydzielony z systemu i zaimplementowany jako oddzielna aplikacja. W założeniu miało to umożliwić częstsze aktualizowanie i faktycznie, od początku mojej przygody z odświeżoną wersją mobilnego Windowsa, hub muzyczny był aktualizowany bodaj 14 razy. Z każdą kolejną aktualizacją aplikacja staje się szybsza i stabilniejsza, ale do ideału jej jeszcze daleko. Wypadałoby jeszcze doprecyzować, co dla mnie znaczy wolna i niezbyt płynna. Pierwotnie odtwarzacz otwierał się w mgnieniu oka i był natychmiast gotowy do działania. Obecna jego wersja potrzebuje co najmniej trzech sekund, żeby się uruchomić i kolejnych dwóch, żeby wczytać szczegóły naszej biblioteki (okładki, tagi). Nie przeszkadza to jakoś strasznie w codziennym użytkowaniu, ale czasem powoduje u mnie gwałtowniejsze wypuszczenie powietrza nosem, symbolizujące zniecierpliwienie.

Codzienne użytkowanie

O wszystkich drobnych mankamentach, z którymi spotkamy się na co dzień, wspomniałem już w innych akapitach. Ostatnim, dla mnie jednym z najistotniejszych, jest czas pracy na baterii. Na to co zaraz przeczytacie trzeba wziąć pewną poprawkę, ponieważ ja telefonu używam właściwie na okrągło. Przy moim użytkowaniu urządzenie nieraz poddaje się już po 5-6h zabawy. Mówimy tu o nieustannie puszczonej w tle muzyce, ciągłym połączeniu z Internetem (w trybie 3G lub 4G) i oczywiście działającej jakiejś aplikacji lub grze. Na tyle atrakcji naraz bateria o pojemności 2000 mAh nie jest zwyczajnie gotowa. Zaryzykuje jednak stwierdzenie, że przy takim obciążeniu nie wiele obecnych na rynku telefonów wytrzymałoby dłużej. Jeżeli chodzi o normalne użytkowanie telefon spokojnie wytrzymuje cały dzień bez przyjmowania świeżych elektronów.

Gwóźdź programu: Aparat

Gdybym w tym momencie zakończył tę recenzję, można by równie dobrze zatytułować ją: „Lumia 920/925 – długodystansowa recenzja”. Tak się składa, że oba te modele są „bliźniakami” opisywanej przeze mnie Lumii 1020. Miałem też przyjemność obcować z jednym z nich po niemal tak samo długim okresie użytkowania i ręczę, że działa równie dobrze. Tym co sprawia, że modeli tych ze sobą nie pomylimy, jest oczywiście aparat, czyli główny powód, dla którego zdecydowałem się właśnie na tego smartfona. Tu, niestety, nie sposób nie odwołać się do znienawidzonych tabel pełnych liczb. W metalowym garbie przytwierdzonym do tyłu urządzenia znajdziemy aparat z matrycą o rozdzielczości 41 mpx oraz sześć soczewek sygnowanych marką Carl Zeiss. Co w tym jest takiego niezwykłego? Po pierwsze to, że przeważnie w telefonach montuje się matrycę o rozdzielczości miedzy 5 a 12 mpx (w skrajnych przypadkach 20 mpx). Wystarczy skończyć podstawówkę, by zauważyć, że to ponad dwa razy mniej niż w przypadku bohatera naszego tekstu. W dodatku soczewki z firmy Carl Zeiss powszechnie uważane są za jedne z lepszych w branży. Taki połączenie sprawia, że od aparatu w Lumii 1020 na starcie wymaga się bardzo wiele.

Trzeba uczciwie przyznać, że aparat spełnia właściwie wszystkie pokładane przeze mnie w nim nadzieje. Jakość zdjęć jest wzorowa, tego inaczej nie da się ująć. Ilość szczegółów, które można wychwycić na tych zdjęciach, jest po prostu niesamowita. Jako krótkowidz nie raz robiłem zdjęcie dalekiego obiektu, by móc przeczytać, co jest na nim napisane. Żeby nie być gołosłownym, dorzucam galerię z kilkoma przykładami. Co więcej, trafiłem kiedyś na artykuł, w którym wspomniano, że w połączeniu z odpowiednim obiektywem telefonem tym robi się zdjęcia… mikroorganizmów w laboratorium jakiegoś amerykańskiego uniwersytetu. Nie ma takiego parametru zdjęcia, do którego można by się przyczepić. Jedyna niedogodnością jest fakt, iż robione w pełnej rozdzielczości zdjęcia potrafią ważyć nawet 15 MB (normalnie zdjęcia ważą w granicach 4-5). Na szczęście Nokia, która stworzyła specjalnie dedykowane oprogramowanie, dała nam możliwość wyboru wielkości robionych zdjęć. Gdy chcemy zrobić kilka mniej artystycznych fotek z wypadu ze znajomymi na piwo, na ratunek przybędzie nam tryb 5 mpx. Wtedy zdjęcia będą jakościowo niewiele gorsze, a ich waga będzie mieścić się w widełkach typowych dla zwykłych zdjęć, które przytoczyłem powyżej. Oczywiście zaraz podniosą się głosy oburzenia: „ale jak to?! Nie po to się kupuje aparat z matrycą 41 mpx, żeby robić w 5!” Spieszę zapewnić, że nawet robiąc zdjęcia w trybie 5 mpx, wykorzystujemy nadal całą matrycę. Dzieje się tak za sprawą bardzo zmyślnej technologii pixel oversampling polegającej na łączeniu sąsiadujących pikseli w jeden duży. Dla równowagi dodam, że aplikacja aparatu mogła by się szybciej uruchamiać, tak samo jak autofocus mógłby się szybciej zbierać, ale są to niewielkie mankamenty, do których można się przyzwyczaić. Nad aparatem mógłbym się tutaj rozpływać godzinami, ale nie o to tutaj chodzi. W mojej recenzji bardzo chcę pokazać, że to przede wszystkim świetny telefon do codziennego użytku, a przy okazji genialny „chwilouwieczniacz”.

Podsumowanie

Lumia 1020 to telefon, który w wyścigu na cyferki poszedł w zupełnie innym kierunku niż wszyscy. Co więcej, można śmiało stwierdzić, że ten wyścig wygrał. I to w każdej kategorii. „Tysiącdwudziestka” to doskonały sprzęt do codziennego o użytku. Choć jej podzespoły nie robią obecnie wrażenia na żadnym topowym smartfonie, to, za sprawą świetnie zoptymalizowanego systemu, „przeżyje” wiele urządzeń konkurencji. Codzienne korzystanie z funkcji multimedialnych sprawia naprawdę dużą przyjemność i odbywa się bez większych przeszkód. Konsumpcja multimediów to jedno, a tworzenie ich do zupełnie inna bajka. Na tym polu, pomimo drobnych wad, telefon nadal jest bezkonkurencyjny. Robione przy jego pomocy zdjęcia są wyśmienite, nawet gdy jako punkt odniesienia weźmiemy aparaty kompaktowe. Kręcenie filmów też wychodzi mu świetnie, o czym świadczy fakt, że telewizyjny spot reklamowy tego telefonu był kręcony… w całości nim samym. Czy można lepiej zareklamować aparat w telefonie?

Autor zdjęć urządzenia: Janitors