Home > Mobilne > Felietony > O fotografii mobilnej słów kilka

O fotografii mobilnej słów kilka

Chociaż tytuł mojego felietonu mógłby sugerować zgoła coś innego, to o tym, czym jest fotografia mobilna od strony technicznej, pisać nie zamierzam. Uznałem to za kompletnie niepotrzebne w obliczu artykułów na ten temat, dostępnych w sieci. Gdybyście jednak chcieli uzupełnić/poszerzyć swoją wiedzę, jakiś czas temu mój redakcyjny kolega Arek „naskrobał” kilka słów na ten temat i do przeczytania jego artykułu gorąco zachęcam. Ale skoro napisano już tyle o mobilnej fotografii, to po co ten tekst? Bo uważam, że można powiedzieć o niej jeszcze kilka ciekawych rzeczy. No to po kolei… 

Historia fotografii jako takiej zaczyna się w pierwszej połowie XIX wieku. Wtedy to we Francji, dwóch panów o trudnych do wymówienia nazwiskach, wykonało pierwszą w dziejach, czarno-białą fotografię. Powiedzieć, że wymagało to znacznych nakładów pracy i czasu, to jakby nic nie powiedzieć. Naświetlanie pierwszej „kliszy” trwało osiem (!) godzin, a do jej wywołania potrzebowano połowy znanych ludzkości pierwiastków chemicznych. Po tym przełomowym odkryciu, przez długie lata fotografia stawała się coraz bardziej popularna na całym świecie. Jedyną rzeczą, która nie ulegała zmianie było to, że wykonywać zdjęcia mogli tylko nieliczni. Znaczna dysproporcję pomiędzy ilością fotografów a liczbą fotografowanych zmniejszyła dopiero w 1901 roku firma Kodak, tworząc pierwszy, powszechnie dostępny dla amatorów aparat. Trzeba jednak doprecyzować określenie „powszechnie dostępny”. Pisząc to, mam na myśli, że każdy człowiek MÓGŁ kupić sobie aparat i nauczyć się go używać, lecz zwyczajnie nie każdego było na to stać. 

kodak
Aparat Kodak

W tym miejscu chciałbym koniecznie przyjrzeć się cechom fotografii, jaką można było „uprawiać” takim aparatem. Ponieważ, co oczywiste, mamy do czynienia z aparatem analogowym, pierwszym ograniczeniem był film (potocznie zwany kliszą), a konkretnie jego pojemność. Standardowo mogło się na nim znajdować do 36 klatek, czyli tyle, ile „selfies” w dzisiejszych czasach są w stanie zrobić dwie nastolatki, podczas jednego wyjścia do McDonalda. Skutkowało to tym, że każde zdjęcie trzeba było dobrze przemyśleć, ponieważ  pomyłka była dosyć kosztowna. Drugie poważne utrudnienie to brak jakichkolwiek automatycznych ustawień. W tego typu aparacie, manualnie ustawić trzeba wszystko, od odległości po balans bieli, co wymaga nie tyle umiejętności, co chwili uwagi przed wykonaniem każdego zdjęcia. Ten moment koncentracji musi również posłużyć dobremu wykadrowaniu oraz znalezieniu jak najbardziej stabilnej pozycji, by nie poruszyć naszym urządzeniem w czasie wykonywania fotografii. Jak widać, robienie zdjęć nawet tym aparatem było dosyć złożoną czynnością, wymagającą wprawy i myślenia. Jak z tym jest dzisiaj? No właśnie zupełnie odwrotnie… 

Przejdźmy jednak do bardziej współczesnych nam czasów, kiedy to w 1977 roku na festiwalu w Opolu Jerzy Stuhr śpiewał: „śpiewać każdy może”. Dziś, czyli po ponad 35 latach, każdy może nie tylko śpiewać, ale i fotografować. Stało się tak po części dzięki małym i prostym w obsłudze aparatom kompaktowym, lecz głównie za sprawą smartfonów. Tak, trzeba to dobitnie powiedzieć: to smartfony zaprowadziły fotografię tam, gdzie dziś jest. Czyli gdzie? Jeszcze kilka dni temu, gdy układałem sobie w głowie ten felieton, powiedziałbym, że do ruiny, lecz dziś tego stwierdzić nie mogę. Wszystko przez prywatną rozmowę z kolegą po fachu, który wypowiedział takie zdanie:

„To nie tyle degradacja, co wyjście fotografii jako dziedziny z sacrum, gdzie fotografowaniem zajmowali się profesjonaliści, do profanum, gdzie pstrykać może każdy.” ~Jakub Szczęsny, Antyweb.pl

Nie ukrywam, że stwierdzenie to dosyć mocno wpłynęło na postrzeganie przeze mnie dzisiejszej fotografii, i co za tym idzie, na ten felieton. Z początku chciałem stanąć po stronie klasycznej, analogowej fotografii, wymagającej od fotografa pewnych umiejętności oraz zastanowienia. W pierwotnym zamyśle miałem stworzyć tekst pełen narzekania, w którym wyżywałbym się na nastolatkach ze smartfonami, robiących niezliczoną ilość bezsensownych zdjęć. Fala mojej krytyki miała dosięgnąć wszelkich portali społecznościowych, służących do dzielenia się zdjęciami, oraz programów do retuszu zdjęć. Jednak zamiast nakręcać kolejną, typowo polską, spiralę nienawiści, postanowiłem spojrzeć na cała sprawę inaczej.

motorola-motozine
Telefon Motorola Motozine ZN5 z optyką Kodaka

Jak już pewnie dało się zauważyć, uważam fotografię analogową za „nadfotografię” oraz formę sztuki. Zdecydowanie nie mogę tego powiedzieć o fotografii mobilnej, którą ośmielę się zakwalifikować jako zjawisko społeczne, lecz nie odważę się jej krytykować. Doszedłem bowiem do wniosku, że przecież nie wszystko musi być sztuką. Dzisiejsze masowe społeczeństwo opiera się na masowej produkcji i konsumpcji przedmiotów codziennych. Masowej produkcji, której nijak nie da się pogodzić ze sztuką. Czy to oznacza, że mamy porzucić jedzenie na talerzach z Ikei na rzecz porcelany Rosenthala? Albo zamienić wygodną bluzę na rzecz ręcznie haftowanego swetra? Oczywiście, że nie. Należy za to pogodzić się z tym, że zdjęcia również produkowane są dzisiaj masowo. W erze, w której aparat mają wszyscy, nie należy się spodziewać, że każde zdjęcie będzie dziełem sztuki. Wydawać by się mogło, że większa konkurencja wśród fotografujących powinna dobrze wpłynąć na jakość robionych zdjęć, w końcu trudniej być najlepszym z pośród miliona niż z pośród tysiąca. Nic bardziej mylnego.

Wszystko niestety popsuł panujący obecnie kult wyglądu, który wymusza, aby wszystko było atrakcyjne. Zdjęcia nie są wyjątkiem. Każdy kto fotografią się choć trochę interesuje, wie, że dobre zdjęcie wychodzi jedno na sto, czasem na pięćset, nieraz na tysiąc. Remedium na to stały się aplikacje do retuszu zdjęć, które ze pomocą filtrów, nawet ze zwyczajnie słabego zdjęcia, zrobią coś przyjemnego dla oka. Teraz każdy nastolatek może sfotografować pudełko frytek z McDonalda, kubek z kawą ze Starbucks’a czy nowo kupioną czapkę, by po trzydziestu sekundach obróbki wyszło kolejne, niebrzydkie zdjęcie na Instagrama. Tyczy się to nie tylko przedmiotów, ale i osób. Nikomu chyba nie trzeba tłumaczyć, czym jest podbijające ostatnio świat „selfie”. To właśnie ono najdobitniej pokazuje, czym dziś jest fotografia mobilna.

ps

Gdybym musiał podsumować moje rozmyślania w jednym zdaniu, powiedziałbym, że żyjemy w erze wielu aparatów, lecz niewielu fotografów. Stwierdzenie to poprę tezą, że ktoś „cykający fotki smartfonem” fotografem nie jest, zaś smartfon wyposażony w 41 megapixelową matrycę, wspieraną optyką Carl Zeiss, i optyczną stabilizację obrazu, ciężko aparatem nie nazwać. Mój felieton nie ma na celu zniechęcenia do fotografii mobilnej, lecz zachęcenia do, choćby sporadycznego, uprawiania fotografii tradycyjnej, bogatej w refleksje. W tę refleksję zdecydowanie uboga jest fotografia mobilna, w której ilość bardzo często zastępuje jakość. Czy ktokolwiek z Was umiałby jeszcze zrobić dobre zdjęcie, mając tylko trzydzieści sześć prób?

Autor tekstu: Piotr Mikosz

Źródło grafiki: [1] [2] [3] [4]