Home > Gry > Radość umierania – recenzja Enter the Gungeon

Radość umierania – recenzja Enter the Gungeon

Co robi dzik w zamku? – Penetruje lochy. (Ba dum tss)

Ten suchar idealnie oddaje to, z czym mamy do czynienia podczas gry w Enter the Gungeon polskiego studia Dodge Roll. Tytułowy Loch Giwer otworzył przed nami swe podwoje 5 kwietnia  i od razu zebrał pochlebne recenzje. Trudno się dziwić, biorąc pod uwagę, że produkcja jest piekielnie grywalna i przepełniona humorem. Na czym polega zabawa z Enter the Gungeon?

Dawno, dawno temu w odległej piwnicy

Fabuła nie jest raczej główna osią rozgrywki. Czwórka śmiałków wyruszy do pełnych niebezpieczeństw podziemi, by odnaleźć starożytny artefakt – pistolet, który potrafi zabić przeszłość. Któż nie skusiłby się na możliwość anulowania dotychczasowego życia i dostania kolejnej szansy, by wszystko naprawić czy inaczej rozegrać swój żywot? Nic dziwnego, że niejeden odważny, skuszony taka wizją przedsięwziął podróż pełną niebezpieczeństw. A tych mamy na pęczki. Do tego stopnia, że omawianej grze mogę z czystym sumieniem dać osobistą odznakę TRUDNA GRA.

Rogaliki, rogaliki sprzedaję!!!

Mamy do czynienia z przedstawicielem gatunku roguelike. Świat jest więc generowany losowo, każde kolejne pomieszczenie w Lochu, rozmieszczenie i rodzaje wrogów, znajdowany przez nas sprzęt, asortyment sklepu – nic nie powtarza się dwa razy, przez co każde podejście do gry oferuje nam nieco inne doznania i w locie musimy dostosowywać swoja taktykę do tego, co spotkamy. Na początku wybieramy jedną z czterech dostępnych postaci, które różnią się między sobą początkowym wyposażeniem (co rzutuje potem na styl rozgrywki), przechodzimy krótki samouczek i już jesteśmy gotowi zmierzyć się z hordami przeciwników.

Horda to dobre słowo. Wchodząc do pierwszej lokacji i zgarniając srogie baty, wróciłem się do początkowej sali, sprawdzając, czy aby na pewno wszedłem do odpowiedniego korytarza. Krótko mówiąc: gra się z nami nie cacka. Jeśli graliście w The Binding of Isaac, to wiecie, o czym mówię, chociaż Loch Giwer jest miejscem dalece bardziej nieprzyjaznym niż piwnica mamy Isaaca. Mamy do dyspozycji trzy serduszka, a każde trafienie odejmuje nam jego połowę. Ewentualnie możemy dokupić u handlarza dodatkowe opancerzenie mające wartość połówki serca. Gdy nasze HP spadnie do zera, gra się kończy. I tyle. Żadnych zapisów, checkpointów – nic. A o śmierć nietrudno. Wrogowie naparzają do nas pociskami w kształcie czerwonych kul, przed którymi jedyna ucieczką jest ciągła mobilność, wbieganie za przeszkody, by zaraz zza nich wybiec, nieprzerwane prowadzenie ostrzału. Stanie w miejscu jest najlepszym przepisem, by zobaczyć animację towarzyszącą śmierci naszego bohatera. Przeciwnicy, mimo że wolniejsi, potrafią nas okrążyć lub po śmierci wezwać posiłki, czy też eksplodować. Łącząc to wszystko z nierzadko ciasnymi pomieszczeniami, w których toczy się batalia, można dostać ataku frustracji, gdy kolejny raz musimy zaczynać od początku.

Enter the Gungeon 4

Cały Loch dzieli się na pięć poziomów, z których każdy posiada: jedno pomieszczenie z handlarzem, jedną lub więcej skrzyń z dodatkowa bronią i jedną komnatę z bossem, którego pokonanie daje nam przepustkę na kolejny poziom. Cała reszta to, jak już wspomniałem, losowo generowane pokoje. To tylko od nas zależy, czy po znalezieniu komnaty z bossem wejdziemy do niej od razu, czy zaryzykujemy walkę z przeciwnikami i wyruszymy najpierw na poszukiwanie dodatkowej broni lub wypadającej z pokonanych niemilców waluty.

Bo pixel to jest, proszę pana, sztuka

Oprawa graficzna Enter the Gungeon, jako związana z duchem gatunku, to typowy pixelart. Jest tu kolorowo i ciekawie, a przede wszystkim zabawnie. W ogóle cała gra zrobiona jest w lekko prześmiewczej konwencji – wszystko obraca się wokół broni palnej. Przeciwnicy to chodzące, humanoidalne naboje, granaty czy łuski do strzelby, z naboi są nasze życiowe serduszka i latające tu i ówdzie nietoperze. Jedynym minusem jest to, że kiedy stojące pod ściana książki rozlecą się w feeri wirujących stronic, beczki rozpryska się w drzazgi, a do tego dziesięciu przeciwników zacznie strzelać do nas salwami czerwonych pocisków… to nic nie widzimy. Taki już urok tej gry.

Enter the Gungeon 10

Fajne to, czy nie fajne?

Gra wciąga. To trzeba jej przyznać z całą stanowczością. Mimo że na początku, jako nieobeznany z mechaniką gry, a i nie za bardzo lubiący tego typu produkcje, umierałem co rusz, nie powodowało to u mnie tak wielkiej frustracji jak podczas pierwszych starć chociażby w Dark Souls. Nawet po paru godzinach z grą pierwszy boss nastręczał mi pewnych trudności, ale gdy go w końcu pokonałem – nieziemskiej satysfakcji. Nie zmienia to faktu, że gra stanowi wyzwanie i powiedziałbym, ze raczej jest przeznaczona dla fanów gatunku, lub tych, którym się jeszcze nie przejadła moda na retro i szukają wymagającej rozrywki. Do zabawy możemy tez zaprosić znajomego, jednak tylko w co-opie „na żywo”, nie mamy tu opcji gry po sieci – a szkoda. Osobiście nadal nie przekonałem się do tego gatunku, jednak ktoś, kto grał chociażby w Nuclear Throne, czy wspomniane wczesniej Binding of Isaac powinien się czuć tu jak w domu. Twórcy nie wynaleźli koła na nowo, jednak dali nam porcję czystej rozrywki i za to należy im się uznanie.

Autor tekstu:

Michał Straszak- student historii, interesujący się religioznawstwem, literaturą i wszystkim co dziwne. Fan Archiwum X, Pratchetta i Monty Pythona