Home > Felietony > Elektrykiem po torze

Elektrykiem po torze

Samochody o napędach elektrycznych o ile na ulicach nie są już taką nowością, to na torach wyścigowych ich widok nie należy do najczęstszych. Terytorium jeszcze do niedawna zarezerwowane dla ryczących i potężnych maszyn (nie piszę tego jako obelgę – wręcz przeciwnie, sam jestem miłośnikiem również i takich pojazdów) napędzanych silnikami spalinowymi już od jakiegoś czasy zaczyna być przejmowane przez elektryczne bolidy Formuły E.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po latach dominacji „tradycyjnych” maszyn na torach całego świata wydawać się mogło, że taki stan rzeczy pozostanie już do samego końca. Ekspansja pojazdów EV spowodowała jednak, że i to uległo zmianie. Na pomysł stworzenia pierwszej w pełni elektrycznej serii wyścigowej wpadł hiszpański przedsiębiorca o nazwisku Alejandro Agag. Po kilku latach planowania, projektowania oraz testowania, we wrześniu 2014 roku w Pekinie odbyło się pierwsze w historii ePrix Formuły E.

Czym jednak dokładniej to jest? Formuła E to wspierana i certyfikowana przez FIA (Międzynarodowa Federacja Samochodowa – organizacja odpowiedzialna między innymi za Formułę 1 czy cykl WRC) seria wyścigowa, której głównym założeniem jest promowanie pojazdów elektrycznych na torach, ale także i drogach.

Elektryczne bolidy jeżdżące w ramach tej klasy są na pierwszy rzut oka bardzo zbliżone do tych znanych z Formuły 1 – otwarte kokpity, odsłonięte koła oraz bardzo podstawowa aerodynamika. Większe różnice zaczynają się jednak, kiedy zajrzymy “pod maskę”. Tutaj zamiast zbiornika na paliwo oraz spalinowej jednostki znajdziemy pakiet baterii przygotowanych przez firmę Williams, silnik elektryczny i skrzynię biegów – dwa ostatnie elementy każdy z producentów może wykonać i zaprojektować sam, lub skorzystać z przygotowanego przez Renault rozwiązania wykorzystywanego w sezonie pierwszym.

Dobrze, ale w takim razie jak wygląda sprawa osiągów takich maszyn?

  • Moc – 200 kW (około 270 koni mechanicznych) w trybie kwalifikacyjnym. W wyścigu ta ograniczona zostaje do 175 kW,
  • Prędkość maksymalna – 225 km/h,
  • Przyśpieszenie od 0 do 100 km/h – 3 sekundy.

Nie da się ukryć, że liczby te niestety nijak mają się do tego, co widzimy chociażby w Formule 1. Jaki jest jednak sposób, dzięki któremu wyścigi FE są niewiele mniej (o ile nawet nie bardziej) ciekawsze od “królowej motorsportu”?

Rozwiązaniem tego problem są tory. A praktycznie ich brak „jako takich”, zamiast nich każdy z wyścigów odbywa się na obiektach ulicznych. Zamiast szerokich poboczy i tras mamy wąskie uliczki i zazwyczaj kompletny brak jakiegokolwiek marginesu błędu, przez co każda, nawet najmniejsza pomyłka, może wyeliminować z rozgrywki – to wszystko sprzyja rywalizacji, która w Formule E potrafi być bardziej zacięta i widowiskowa niż w “zastałej” już od jakiegoś czasu F1. A to wszystko możliwe dzięki temu, że elektryczne bolidy ani nie zanieczyszczają środowiska, ani nie produkują nadmiernego hałasu, przez co miasta o wiele chętniej goszczą taki rodzaj rywalizacji na swoich ulicach.

Bardzo ważnym aspektem Formuły E jest podejście do fanów. Najlepszym tego przykładem jest system FanBoost – przed każdym wyścigiem za pomocą mediów społecznościowych głosować można na trzech kierowców, którzy podczas jego trwania będą mogli na 5 sekund włączyć tryb kwalifikacyjny, który “odblokowuje” pełną moc bolidu, tym samym ułatwiając wyprzedzanie (i przy okazji zwiększając szansę na popełnienie błędu).

Bez wątpienia Formuła E jest serią nadal rozwijającą się. Po rewolucyjnym (możliwość projektowania własnych jednostek napędowych i skrzyń biegów) drugim sezonie teraz nadszedł czas na kolejny, który również przyniesie bardzo ciekawe zmiany w postaci chociażby nowego przedniego spoilera, czy wielu miast, które w kalendarzu nie pojawiły się nigdy wcześniej.

Tegoroczny (i zarazem przyszłoroczny) sezon Formuły E wystartował już na początku października, niesamowicie ciekawym wyścigiem w Hong Kongu. Ja z całego serca polecam Wam śledzić, jak rozwijać będzie się rywalizacja w tej serii. Sam za to już nie mogę doczekać się ePrix Berlinu, które to po raz kolejny będę starał się odwiedzić.


Autor tekstu

Maciek Leszczuk – redaktor-amator, przyszły technik-informatyk, fan Formuły 1, przeciwnik benchmarków. A, jeszcze jedno miłośnik jamników (??). Prywatnie z Samsungiem Galaxy S6 Edge i jakimś tam tabletem z Windowsem w szafie.