Home > Felietony > Czy dzięki Andromedzie Google w końcu podbije świat desktopów?

Czy dzięki Andromedzie Google w końcu podbije świat desktopów?

Niedawno, dokładnie 4 października, Google miało zaprezentować na swojej konferencji coś naprawdę dużego – zamiast tego datę premiery niestety przesunięto na maj przyszłego roku, podczas I/O 2017. Chodzi o system Andromeda, mający łączyć funkcjonalność Androida i Chrome OS. Podobnie jak galaktyka, z której czerpie nazwę, jest rozległy, złożony i na chwilę obecną bardzo tajemniczy. Ekscytacja, która zapanowała w świecie technologii po pojawieniu się pierwszych doniesień o nowym systemie, zdaje się najlepiej ukazywać, że ujednolicenie sposobu korzystania z różnych urządzeń to coś, czego chce faktycznie wielu użytkowników.

Android obsługuje już telefony, tablety, zegarki, telewizory, nawigacje, nawet urządzenia AGD – jedynym niepodbitym jeszcze w pełni przez najważniejszy produkt Google terenem jest rynek komputerów osobistych. Chrome OS z kolei działa na Chromebookach, Chromeboksach i Chromebicie. Obydwa systemy stworzone są do zupełnie innych sposobów korzystania – pierwszy opiera się na wzbogacaniu podstawowej funkcjonalności przez pobieranie aplikacji, drugi zaś kładzie duży nacisk na „chmurę” i dostęp do programów z poziomu przeglądarki internetowej na słabszych sprzętach. Od jakiegoś czasu Google stara się na różne sposoby połączyć te dwa doświadczenia, na przykład przez umożliwienie ściągania androidowych apek na Chromebookach. Andromeda (Android + Chrome) to dużo ambitniejsza próba kompletnego scalenia obydwóch ekosystemów. Według Google projekt ten jest kompletnie odrębny od wspomnianego już pobierania aplikacji ze Sklepu Play na laptopy z Chrome OS.

To tyle na temat zamierzeń i teorii. Jak Andromeda może wyglądać w praktyce? Choć do premiery coraz bliżej, próżno szukać rzetelnych, konkretnych informacji. Możemy tylko sugerować się niedawnym rozwojem Androida. Na myśl przychodzi na przykład jeden z wariantów funkcjonalności multi-window z przedpremierowej wersji Androida 7.0 Nougat – tryb „freeform” (pol. „dowolna forma”), który jeszcze nie zawitał w żadnym urządzeniu. Ta metoda pozwala na przenoszenie okien w dowolny sposób, przeciągając je na ekranie w pożądane miejsca; zupełnie tak samo jak w Windowsie, Linuksie czy OS X. Może to okazać się kluczowym punktem przeniesienia Androida na pecety i laptopy. Czego jeszcze można spodziewać się po Andromedzie? Ciężko powiedzieć. Z dużą pewnością można stwierdzić, że dostępne aplikacje będą pokrywać się z tymi na „zwykłym” Androidzie. Czegokolwiek nie skrywałby nowy system, oczekiwania są naprawdę duże. Być może za kilka lat rocznica jego premiery będzie świętowana tak samo jak urodziny Androida.

Android zajmuje obecnie zdecydowaną większość rynku, tracąc kilka procent swojej dominacji tylko przy premierach nowych iPhone’ów. Windows Phone? BlackBerry OS? To już martwe platformy, a w obydwóch przypadkach powód był ten sam – deweloperzy woleli wypuszczać aplikacje na Androida i iOS; mniej aplikacji oznacza mniej użytkowników, mniej użytkowników to mniej aplikacji i tak dalej aż do kompletnego wymarcia systemu. Andromeda ma ten problem z głowy – aplikacje najprawdopodobniej będą dostępne od razu. To spora szansa Google na detronizację Microsoftu jako króla desktopów. W obliczu wzrastającej mocy mobilnych urządzeń napędzanych przez Androida, Windows powoli traci swoją ważność – w końcu już nawet ze Skype czy MS Office można z powodzeniem korzystać na telefonie, a tym bardziej na tablecie. Niewykluczone, że za kilka lat będzie dzielić z Linuksem niszę systemu dla specyficznych, głównie profesjonalnych przypadków użycia. Póki co jednak przygotujmy się na bliską rywalizację między Windowsem 10, również stworzonym z myślą o wieloplatformowym użytkowaniu, a Andromedą. Pomimo tego samego celu, podejścia w tych dwóch systemach są zupełnie odwrotne: mobilny Windows 10 to zasadniczo port desktopowego systemu na przenośne urządzenia, a Andromeda, jak wiadomo, ma być bardziej rozszerzeniem Androida w kierunku pecetów i laptopów.

Po stronie Andromedy stoi kilka bardzo ważnych zalet. Dużym punktem na plus jest fakt, że będzie to zapewne darmowe oprogramowanie (czyli zarabiające na użytkowniku poprzez reklamy – na szczęście z łatwością można Google pozbawić tego prawa przez proste przełączenie ustawień). Androidowe aplikacje są coraz lepsze i nie ustępują już w niczym swoim odpowiednikom znanym z Windowsa – ba, do wielu zadań są wręcz lepsze. Zagadką pozostaje, jak Google wykorzysta tę bardzo dogodną sytuację w pierwszych kilkunastu miesiącach po premierze nowego systemu. Patrząc na sukces Androida, ciężko wątpić w możliwości giganta z Mountain View.

Osobiście liczę na to, że Andromeda odziedziczy po Androidzie otwartość, możliwości dostosowania do konkretnych potrzeb oraz oczywiście pełną obsługę aplikacji ze Sklepu Play. Z kolei najważniejszą rzeczą, którą nowy system Google powinien zaczerpnąć od Windowsa, jest system aktualizacji – w końcu telefony z Androidem otrzymują update’y przez dwa, góra trzy lata, a producentom nieszczególnie się z tym spieszy. Tak czy tak, jakąkolwiek końcową formę przyjmie Andromeda, jestem – podobnie jak większość fanów technologii – bardzo ciekaw nowego systemu od Google.


Autor tekstu

Tomasz Hotloś – fan szybkiego wolnego oprogramowania, niedoszły doktor matematyki, przyszły doktor informatyki. W wolnych chwilach zawzięty gracz komputerowy, delikatnie uzależniony od serii Football Manager.